Showing posts with label Whisper of hope (sezon 2). Show all posts
Showing posts with label Whisper of hope (sezon 2). Show all posts

Saturday, January 19, 2013

Rozdział dwudziesty trzeci

Od matrioszki: no i mamy punkt kulminacyjny. podoba się Wam? przepraszam, ale na nic lepszego nie wpadłam ;( chciałam by było oryginalnie, ale mam wrażenie, że wcale tak nie jest. no cóż - trudno.
jeśli chcecie sprawdzić co znaczą kolory kwiatów, jakie Caroline dostała zajrzyjcie tutaj. Caroline dając Louisowi niebieską bransoletkę z muliny w pewien sposób przyrzekła mu, że zawsze będzie jego przyjaciółką. właśnie to oznacza kolor niebieski - przyjaźń. :) nie dała mu czerwonej, bo to byłoby zbyt oczywiste, nie sądzicie? ^^
dobra, koniec przymulania: co sądzicie, o takim zakończeniu II sezonu?
nowy - wtorek/środa.

Ps. ja nikogo do obserwowania mojego bloga nie zmuszam. chcesz mnie obserwować? dziękuję, to miło z twojej stronie itp. ale proponowanie obserwowanie/za obserwowanie trochę mija się z celem, nie sądzicie? aktualnie nie mam czasu na czytanie nowych blogów, a właśnie z tym równa się obserwowanie ich. z czytaniem. więc przepraszam, ale na razie nikogo nowego nie zaobserwuje.
mam nadzieje, że cokolwiek zrozumieliście z tego monologu.

Według obietnicy: rozdział z dedykacją dla EdithG6! xx


***


Caroline 



- Koncert Ed’a Sheeran’a w Guildford? Żartujesz sobie ze mnie? – spytałam na pozór poważnie, chociaż w głosie rozbrzmiewała mi wesoła nutka.

Wymieniłam z Andym szybkie spojrzenie, ponownie wpatrując się w niebieskoszare tęczówki Louisa, który stał po drugiej stronie kuchennej wyspy, kiedy ja z Andym, naprzeciwko niego sączyliśmy drugi już kubek czekolady z bitą śmietaną, na którą dwie godziny wcześniej naszła mnie wielka ochota. Całą winę zwalałam na ciążę, oraz rysowanie największego żarłoka jakiego znała Wielka Brytania, jeśli nie świat.

- Coś nie tak? Masz już plany? Jakie? – zadawał kolejne pytania, nie zauważając zapewne, że usiadł na ladzie, czy tego, że jego głos brzmiał naprawdę smutno i żałośnie.

- Nie, raczej nie. Przynajmniej nic mi na ten temat nie wiadomo – zauważyłam, ze śmiechem wymalowanym na twarzy.

Louis zawitał do mnie niecałą godzinę temu, a już zdążył mi przedstawić rozkład rozrywek na następny tydzień. Prócz tego, że ja miałam pracę do trzeciej po południu, każdego dnia, on próby do światowej trasy, promowanie płyty w rozgłośniach radiowych i sesje zdjęciowe do kolejnych magazynów. Był zajęty, a mimo to chciał spędzać ze mną wieczory, chociaż przeczuwałam, że jedyną rzeczą o jakiej myślał, to prysznic i łóżko.

- Andy? Powiedziałeś jej coś? Bo jeśli tak to… - zaczął, mrużąc na niego swoje oczy.

- Nie strasz mojego kuzyna – poprosiłam łagodnie, przygładzając wargi do chłodnego kubka, rozkoszując się bitą śmietaną, która utworzyła wąsy. – Możemy jechać. Tylko z kim ja zostawię Zuzę?

- Beatrice! – zawołał z entuzjazmem Andy, w tym samym czasie wyciągając telefon z kieszeni. – Zadzwonię do niej i przekażę jej, że podrzucimy Zuzę. Och, będzie zadowolona. Wiem to, znam tą kobietę od dwudziestu dwóch lat.

- Dziwne, żebyś nie znał własnej matki – mruknęłam, oblizując usta. – Louis, chcesz czekolady? – spytałam z uśmiechem.

- Dbam o linię, aczkolwiek spróbuję trochę od niego – zaadoptował kubek Andiego, w którym prócz resztek bitej śmietany i ostatnich kropli czekolady, nie było nic więcej. – Pycha!

- Praca w Hard Rock Coffee na coś się przydała – zauważałam z uśmiechem. – Więc, o której jedziemy? Mam już dzwonić do Danielle i Eleonore by przywiozły mi córkę?

- A dokąd ją zabrały?

- Do zoo. To był pomysł Eleonore. Podobno zabrałeś tam swoje siostry, kiedy odwiedziły cię w Londynie – odparłam, wpatrując się w jego wesołe niebieskie tęczówki. Skinął głową, bawiąc się plastikową słomką, którą wyciągnął z kubka Andiego. – A tak swoją drogą, to możesz zejść z tej wyspy, bo przez ciężar twojego ciała, może długo nie pociągnąć.

- No ty wiesz co! – zaśmiał się, posłusznie schodząc z lady.

- Beatrice z największą przyjemnością zajmie się Zuzą – zakomunikował wesoło Andy, wracając do kuchni. – Ej, to moje! – zawołał, widząc swoją własność w dłoniach szatyna. – Zrób sobie własną czekoladę.

- Wiesz, że ja nawet wody na herbatę nie umiem ugotować, a co dopiero zrobić czekoladę, więc podziel się – jęknął, szamocząc się z Andym.

- Tak właściwie, to mój kubek – zabrałam od ich naczynie, wsadzając do zlewu. – Więc co robimy?

- Eleonore i Danielle mogą zawieść Zuzę do mieszkania Harrego i Louisa, stamtąd zawieziemy ją do Beatrice, skąd pojedziemy do Guildford! Ale będzie zabawa! – Louis klasnął w dłonie, poczym zadzwonił do dziewczyn.

I on ma zostać ojcem? Serio? Przecież on  syna będzie traktował jak brata!


Godzinę później siedziałam już na łóżku w sypialni Louisa, który w za nic nie mógł się zdecydować, w co właściwie ma się ubrać. Zastanawiał się między koszulką z Ed’em Sheeranem i z jego logiem, oraz zwykłą czarną z The Killers. Po krótkiej dedukcji zdecydował się w końcu na tą pierwszą, zakładając do tego czarne spodnie, oraz tenisówki przed kostkę w tym samym kolorze. Wychodząc z łazienki, zauważyłam na jego nadgarstku moją bransoletkę, którą ostatnim razem, gdy u niego byłam, siłą ze mnie ściągnął, ukazując tym samym nieprzyjemne dla oka blizny.

- Na co ci ona? – spytałam, patrząc na jego rękę.

- Kiedy ciebie nie było, a Andy nie chciał mnie wpuścić do twojego mieszkania, ta rzecz była jedyną, która należała do ciebie, a która była w moim posiadaniu – wyjaśnił, siadając obok mnie. – Naprawdę mi ciebie brakowało, Carol, a ta mała bransoletka przypominała mi, o tym, przez co razem przeszliśmy.

- Przepraszam – szepnęłam, podnosząc wzrok na jego twarz, na której pojawił się szeroki uśmiech. – Nigdy więcej nie wywinę takiego numeru – obiecałam, ściągając ze swojego nadgarstka zawiązaną niebieską mulinę, którą bez słowa założyłam na jego dłoń.

- Co oznacza ten kolor?

- Sprawdź sobie później – uśmiechnęłam się ciepło, dotykając palcami jego policzka. – Kocham cię Louis. Tak cholernie mocno, że gdybym miała ponownie cię stracić z pewnością bym tego nie zniosła.

- To się nie zdarzy, Słoneczko – nachylił się nade mną, składając na moich ustach subtelny, ale za to pełen uczucia i miłości pocałunek, którym zapewnił mnie, o swoich słowach. – I ja ciebie kocham – dodał, opierając swoje czoło o moje.

Droga do oddalonego o pięćdziesiąt kilometrów od Londynu, Guildford minęła nam w przyjemnej i zabawnej atmosferze. Jechaliśmy dwoma autami, bo okazało się, że zabiera się z nami znacznie więcej osób niż było to wcześniej brane pod uwagę. Na szczęście One Direction zorganizowało dwa mini busy, przez co nie trzeba było zabierać więcej pojazdów. W jednym z aut siedziałam razem z Louisem, Harrym, Cher, Liamem, Danielle, Eleonore, oraz z Niallem, Olivią i Andym. W drugim aucie jechał Zayn z Perrie, Jesy, Jade, Leight z ich chłopakami i Joshem.

- Louis, przestań się bawić tym radiem! – Harry trzepnął w dłoń starszego chłopaka, gdy ten po raz kolejny zmienił stację. Zachichotałam ze swojego siedzenia, którym było miejsce tuż za kędzierzawym osiemnastolatkiem, obok Cher, która wtórowała mi. – No i z czego się śmiejecie? – spytał groźnie, co w ogóle do niego nie pasowało. – Powinnaś uspokoić swojego chłopaka, a nie się śmiać.

- Jest wolnym człowiekiem, robi co chce, nie zabronisz mu tego, Hazz – odparłam ze śmiechem. – Ale ty mógłbyś patrzeć się na drogę, nie chcę wylądować na drzewie.

- Nie panikuj, baby – powiedział rozbawiony, zmieniając pas. – Mogę zagwarantować, że dojedziemy w jednym kawałku.

- Śmiem w to wątpić, Styles – wtrącił się z samego końca busa, Andy. – Zawsze można cię zmienić, byś ty w spokoju odstawiał swoje igraszki z Tomlinsonem.

Na jego słowa w całym busie zapanowała jeszcze weselsza atmosfera i nawet Eleonore, która do tej pory raczej całą swoją uwagę skupiała na telefonie, zaśmiała się serdecznie, dołączając do nas. W tym samym momencie mój telefon dał o sobie znać. Wygrzebawszy go z kieszeni jeansów, spojrzałam na wyświetlacz. Zdjęcie mojej rodzicielki ze swoją wnuczką, powiedziało mi, że mama się za mną tęskniła.

- Cześć, mamo! – zawołałam radośnie w swoim ojczystym języku, nie przejmując się ukradkowymi spojrzeniami reszty.

- Moja córka, wie jak się porozumiewać po polsku – zaśmiała się wesoło. – Jak tam kochanie? Wszystko dobrze? Nie dzwonisz do mnie, nie wiem czy w pracy wszystko dobrze.

- Och, mamo! Przepraszam. Miałam tyle spraw na głowie, że tak szczerze mówiąc, to zapomniałam o telefonie do ciebie – zaczęłam się tłumaczyć, co tylko spotkało się z jeszcze większym śmiechem, kobiety. – No naprawdę zabawne.

- Wybacz, ale nic nie mogę poradzić na to, że twój akcent, kiedy zaczynasz się tłumaczyć, jest jeszcze bardziej zabawny, niż normalnie.

- Nie mam akcentu – bąknęłam, wyginając usta w podkowę, co Louis z Harrym skomentowali śmiechem. – Śmieją się przeze mnie, mamo – poskarżyłam się.

- Nic dziwnego. Musisz wyglądać uroczo – zauważyła, nie przestając się śmiać. – No ale może doczekam się w końcu odpowiedzi na moje pytania, co?

- A, tak, już. Więc w przedszkolu jest okej. Co prawda na początku wszyscy sądzili, że sobie nie poradzę, bo jestem młoda i nie mam ukończonej pedagogiki, ale okazało się, że jest zupełnie na odwrót. Dzieciaki mnie polubiły, a Zuza nie czuję się już tak wyobcowana, jak wcześniej. Mam nadzieje, że ze mną przy boku, zaaklimatyzuje się tutaj – skończyłam z nadzieją, opierając się czołem o zimną szybę. – A jak tam sprawy związane z moim wnioskiem, o nadanie praw rodzicielskich?

- Najwcześniej ruszy coś w połowie listopada. Będziesz musiała przywieść, albo przesłać im swoje dochody, warunki w jakich mieszkasz i tak dalej. Sąd musi orzec, czy jesteś w stanie zapewnić Zuzie należyte warunki. Wiesz… wiele by ci pomogło gdybyś wyszła za mąż za Louisa. W końcu jesteś z nim w ciąży, rozumiesz co chcę ci powiedzieć?

- Zuza miałaby dwójkę rodziców. Nie byłabym samotną matką – powiedziałam cicho, chociaż Brytyjczycy z Irlandczykami i tak mnie nie rozumieli. Może Andy coś tam wyłapał, ale on dawno nie porozumiewał się po polsku.

- Dokładnie tak, kochanie. Nie twierdzę jednak, że to ty powinnaś się jemu oświadczać – kolejny chichot, który był tak bardzo nie podobny do tej kobiety. – Jednak mam wrażenie, że twój chłopak, planuje coś w tym kierunku. W końcu zostanie tatą.

- Daj już temu spokój, mamuś – mruknęłam z uśmiechem, którego mimo wszystko nie mogła zobaczyć. – Jak tata?

- W porządku. Właśnie siedzą u nas jego znajomi z pięcioletnim synem. Mam przed oczami, naszego wnuka. Ach, mam wrażenie, że będzie wyglądał tak samo jak Marcin.

- A jak Marcin wygląda?

- Ma brązowe włosy i niebieskie oczy. Szeroki uśmiech, o, właśnie dobrał się do twojego pianina – dodała ze śmiechem. – Brzmi znajomo?

- Aż za bardzo – przyznałam jej rację, mimowolnie głaszcząc się po brzuchu. – Pozdrów tych znajomych i powiedz, że twój wnuk z pewnością będzie wyglądał tak samo. No chyba, że geny wywinął jakiś numer i zamiast niebieskich oczu, będzie miał zielone.

- Twoje też są śliczne – zauważyła ciepło. – Pozdrów wszystkich, szczególnie tego wariata, Andiego i jego mamę, dobrze?

- Beatrice właśnie siedzi z Zuzą. Ja jadę z tym wariatem i ze znajomymi na koncert. Jest dobrze? – zapytałam, nerwowo przegryzając dolną wargę.

- Karolina, wszystko w porządku. Masz dwadzieścia lat, więc dziwne, byś non stop siedziała w domu z córką. Masz prawo wyjść gdzieś z przyjaciółmi i wyluzować. To nic złego – uspokoiła mnie. – Więc ja już tobie nie będę przeszkadzała. Miłej zabawy, pozdrów wszystkich i pamiętaj, że cię kocham. Bez względu na wszystko.

- Ja ciebie też kocham, mamo! – zakończyłam, posyłając jej buziaka.

Chowając telefon do kieszeni, czułam na sobie spojrzenia wszystkich. Nawet Harry wpatrywał się we mnie w lusterku, marszcząc brwi w zadumie, jakby próbował zrozumieć to, o czym rozmawiałam z mamą. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu, który mimowolnie pojawił się na moich ustach, kiedy w końcu rozluźnił mięśnie na czole, przybierając ten swój znanym wszystkim uśmiech.

- Nie powiesz, o czym rozmawiałaś, prawda? – usłyszałam za sobą ciekawski głos Andiego. – Ej, za co to? – jęknął.

- Za wścibskość – odpowiedziała mu Eleonore.

- Moja mama was wszystkich pozdrawia – powiedziałam wesoło, puszczając do Andiego oczko – i tak, nic ci nie powiem, bo nie zrozumiesz.

- To nie fair – naburmuszył się jak małe dziecko, które nie dostało cukierka.

Reszta drogi na koncert minęła nam na śpiewaniu piosenek Ed’a, ale także wszystkich możliwych utworów, jakie akurat leciały w radiu. Ja wraz z Danielle, Eleonore i Andim odzywałyśmy się najmniej, nie chcąc zagłuszać wokalu One Direction oraz Cher. W ich wykonaniu nawet smętna piosenka, zamieniała się w coś żwawszego, weselszego. Na miejscu byliśmy około ósmej. Harry ledwo zaparkował na parkingu, kiedy busa otoczył tłum fanek; na serio nie wiem, skąd one się dowiedziały o tym, że One Direction dzisiaj tutaj będzie. Harry patrząc na mnie, podniósł ku górze jedną z brwi, tym samym pytając się mnie, czy to moja sprawka. Pokręciłam przecząco głową, łapiąc Louisa za rękę, który zaczął ciągnąć mnie w stronę wejścia do hali, w której miał grać Ed. Stanęłam w miejscu, kiwając głową w stronę tłumu fanek, które ustawiły się już w szeregu, wołając swoich idoli.

Pierwszy do dziewczyn podbiegł Niall, który wcześniej pocałował Olly w policzek, powodując u dziewczyny urocze rumieńce. W jego ślady poszedł Liam, oraz Harry z Cher, która także spotkała swoich fanów. Louis siłował się ze mną na spojrzenia, dopóki nie popchałam go w stronę tłumu.

- Następnym razem po prostu przerzucę sobie ciebie przez ramię i wejdziemy do środka, bez względu na wszystko – powiedział Louis, czterdzieści minut później, kiedy szliśmy długim białym korytarzem w stronę garderoby Ed’a.

- Ale to twoje fanki, Louie! – pisnęłam, jak mała dziewczynka. – Nie każda z nich ma takie szczęście jak ja czy Olly, by spotykać się z chłopakami z One Direction, więc zrozum je; dla nich taki jeden autograf czy fotka wykonana na szybko, jest spełnieniem marzeń.

- Dla ciebie to też by było spełnieniem marzeń?

- Oczywiście. Na szczęście ja dostałam coś znacznie lepszego.

- A mianowicie? – zapytał głupio.

- Koszulkę Harrego Stylesa – zaśmiałam się melodyjnie, odsłaniając szary podkoszulek, podobny do tego, który Louis miał na sobie. – Szczęściara ze mnie.

- Czego nie robi się dla fanek – odpowiedział Harry zakładając mi wolną dłoń na ramię, drugą trzymając Cher. – ED! – krzyknął, ledwo przekraczając próg garderoby, w której znajdował się ich dobry przyjaciel.

Ed Sheeran siedział na czarnej kanapie z gitarą na kolanach, grając jedną ze swoich piosenek. Rude włosy odstawały mu we wszystkich możliwych kierunkach, a na ustach igrał delikatny uśmiech, który powiększył się, kiedy podniósł głowę spotykając się z oczami Harrego.

- Styles i całe One Direction. No proszę nawet panna Peazer, Lloyd, Calder, Little Mix i sam Andy Samules do mnie zawitali. Ale mnie zaszczyt kopnął – mówiąc to, witał się z kolejnymi osobami, by na samym końcu stanął naprzeciwko mnie i Olivii. – Wybaczcie panie, ale wasi chłopcy jakoś nie mieli czasu by poinformować mnie o was, ale może uda mi się zgadnąć, która to która, co? Więc.. ty – wskazał na Olivię, która dla zmylenia stała obok Andiego, stykając się z nim ramieniem – musisz być Olly Brandon – dodał, przesuwając wzrok na Nialla, szukając potwierdzenia. Irlandczyk skinął głową, wyciągając dłoń w kierunku dziewczyny. – Więc ty musisz być Carol Nowak – zwrócił się do mnie. Przytaknęłam, posyłając mu jeden ze swoich najsłodszych uśmiechów. – No proszę! Zabrałaś Harremu koszulkę? Pasuję ci, do tego doskonale widać w niej twój ciążowy brzuszek.

- Dzięki – skinęłam głową, pozwalając włosom luźno opaść na moje ramiona.

- No dobrze, to co powiedziecie na małą rozrywkę? – spytał, sugestywnie poruszając brwiami, na co wszyscy głośno krzyczeli: „Czas na show”.

Będąc wśród tłumu ludzi, tuż obok przyjaciół, którzy stali mi się bliscy niż niejedna osoba w Polsce czułam się naprawdę dobrze. Mimo nadbagażu w postaci brzucha, skakałam razem z nimi, śpiewałam kolejne słowa, bawiłam się świetnie. Co prawda siadałam częściej niż pozostali, gdyż mimo wszystko nie miałam, aż tyle siły by non stop podskakiwać. W pewnym momencie, zarejestrowałam brak obecności Louisa, zresztą po dłuższym wyszukiwaniu go, zauważyłam, że nie tylko on zniknął, ale także Harry, Liam, Niall, Zayn i Josh. Zapytałam Perrie, która stała zaraz obok mnie, ale ta się tylko uśmiechnęła z czułością, wskazując palcem na scenę. Światło rozświetliło scenę, na której dostrzegłam mojego chłopaka, stojącego przy mikrofonie. Obok niego stał Ed, który zaczął wygrywać pierwsze akordy „Little Things”. Louis śpiewał sam, patrząc prosto na mnie. Czułam łzy w oczach z każdym kolejnym, miękko wymawianym słowem.

- Dla pięknej pani – usłyszałam obok siebie poważny głos Harrego.

Odwróciłam głowę, spotykając się z lekkim uśmiechem zielonookiego, który trzymał w dłoniach jedną bladoróżową różę. Uśmiechnęłam się do niego, odbierając kwiatek. Harry złamał mnie za rękę, prowadząc przed siebie. Po drodze spotkaliśmy Nialla, który wręczył mi białą różę. Kolejną osobą był Liam, który dał mi żółty kwiat. Zayn podał mi kwiat w tym samym kolorze co Harry. Znałam symbolikę tych kolorów. Wiedziałam, co chcą przez to przekazać, nie rozumiałam jednak dlaczego One Direction prowadziło mnie na scenę, na której Louis wraz z Ed’em zbliżali się do końca piosenki. Stałam na jej środku, czując się jak idiotka, chociaż za mną ustawili się chłopcy, a przede mną stała moja własna definicja szczęścia, która w tym momencie zeszła ze sceny, by wrócić kilka chwil później z niebiesko-czerwonym bukietem róż, które mi podał z tym swoim łobuzerskim uśmiechem:

- Nie przygotowałem żadnej mowy, bo mam wrażenie, że cokolwiek bym powiedział, było by to niedomówieniem. Żadne słowa nie są w stanie określić tego, co do ciebie czuję. Twój uśmiech, oczy, to jak grasz.. momencik, czy ja właśnie przemawiam? – publiczność krzyknęła głośne „TAK!”, a ja lekko skinęłam głową, nie będąc w stanie niczego powiedzieć. Szatyn, wziął głęboki wdech, klęknął na prawe kolano, z kieszeni wyciągając małe granatowe pudełeczko, w którym po otwarciu wieczka, zaświecił najprawdziwszy brylant. Kilka chwil później z jego ust padły trzy słowa w języku polskim, wypowiedziane z niezwykle uroczo: - wyjdziesz za mnie?



Zostanę Jego żoną, czy nie zostanę Jego żoną? 



O to jest pytanie…

Wednesday, January 16, 2013

Rozdział dwudziesty drugi

Od matrioszki:  dla @Paulkaaa_ bo lubi, jak w rozdziałach pojawia się Andy :) sama go lubię. mam nadzieje, że mnie nie zatłuczesz, jak się dowiesz, co dla niego przygotowałam w dalszych rozdziałach.
przepraszam, że rozmiar obrazków jest taki nijaki, ale ja i HTML za bardzo się nie lubimy, przez co wyszło mi coś takiego. mam nadzieje, że nie przeszkodzi Wam to jakoś w czytaniu :)
Jeszcze jeden rozdział i koniec sezonu II! po nim zostanie jeszcze tylko sezon III, a w nim siedem rozdziałów + epilog. tyle mogę Wam zdradzić. ale nic poza tym. :)
Miłego czytania i.. naprawdę Wam dziękuję, kochani! jesteście cudowni! x
ps. nowy rozdział sobota/niedziela


***


(Październik/Londyn/2012rok) 


Caroline 


- Szczęście przychodzi do nas niespodziewanie, Nick. Nie wiesz, kiedy zapuka do twoich drzwi z paczką, w której znajdziesz obraz ukochaj osoby. Nie zdajesz sobie do końca sprawy, że za rogiem możesz spotkać osobę, z którą będziesz chciał dzielić resztę swojego życia. To jest w wszystkim najciekawsze. Ta niewiedza…

Wsłuchiwałam się w łagodny głos Louisa docierający do mnie dzięki BBC 1 Radio, które od dobrych czterdziestu minut było włączone na full. Słowa, które wypowiadał, były niezwykle poważne, ale ja przeczuwałam, że w tym momencie uśmiecha się, tym swoim głupkowatym uśmiechem, od którego miękły mi kolana, ilekroć go widziałam. Słysząc chichot, który z całą pewnością należał do Harrego, pociągnęłam grubym pędzlem po płótnie, które opierało się o sztalugę. Od trzech godzin, starałam się w miarę rzeczywisty sposób wypełnić szare kontury portretu przedstawiającego Liama Payne’a. Obawiałam się, że może mi to nie wyjść, tak jak to sobie wyobraziłam.

- Masz co do niej jakieś poważne plany, Tommo? – zapytał niezwykle spokojnie Nick, naciskając na Brytyjczyka. – Wiemy, że jest z tobą w ciąży. No cóż, nawet się z tym nie ukrywałeś, więc nawet nie próbuj zaprzeczać…

Pędzel zawisł bezwładnie w powietrzu, z jego końca prosto na mój biały fartuch skapywała brązowa farba. To nie miało jednak znaczenia. W głowie, niczym echo odbijały mi się słowa „nie kryłeś się z tym…” Odłożyłam na bok pędzej, podchodząc do komputera, wpisując w wyszukiwarce odnośnik do twittera Louisa. Widząc jego ostatnie tweety, sprawiły, że mimowolnie się uśmiechnęłam.




obrazek Louis Tomlinson @Louis_Tomlinson

Najszczęśliwszy z @carolnovak, xx

@carolnovak zostanie matką mojego dziecka! Xx

Szczęście przyszło do mnie niespodziewanie. Dziękuję @carolnovak! x



Mój szok, stał się większy kiedy zauważyłam, że kilka fanek One Direction odpisało na jego tweety i to pozytywnie! Bałam się tego, jak na mnie zareagują. Byłam w końcu tylko zwykłą studentką szkoły muzycznej. Louisa poznałam czystym przypadkiem. Tak naprawdę to mogło spotkać każdą z nich. Mój wzrok lustrował kolejne pochlebne wpisy:

@Louis_Tomlinson życzymy Wam szczęścia! xx

@Louis_Tomlinson & @carolnovak chcemy więcej Waszych wspólnych zdjęć!

@Louis_Tomlinson, chłopiec czy dziewczynka? (:



Było też kilka tweetów od Cher, Olly, Perrie, Danielle, a nawet Eleonore:



obrazekCher Lloyd @CherLloyd

@carolnovak i @Louis_Tomlinson to moja ulubiona para! Kochani, jesteście na maksa słodcy, czekam na Waszą seks-taśmę :D xx




obrazek @carolnovak, Ty wiesz, że ja zawsze będę z Tobą! Xx




obrazek @carolnovak & @Louis_Tomlinson jesteście moimi, naj! We wszystkim, co robicie! Chcę Was więcej i więcej.. Perrie <3




obrazek Danielle Peazer @DaniellePeazer

@Louis_Tomlinson @carolnovak pokazujecie, że pochodzenie nie ma znaczenia. Oby tak dalej, kochani. Gratuluję potomka! Xx




obrazek Eleanor Calder @EleanorJCalder

@Louis_Tomlinson @carolnovak życzę Wam dużo miłości i ciepła, xx!



- No cóż.. W amoku szczęścia, nie potrafiłem się powstrzymać – usłyszałam kolejne słowa Louisa. Był lekko zdenerwowany, zdradzał go jako niepewny śmiech, który mimo wszystko nadal był uroczy. – Mam tylko nadzieje, że mi wybaczy.

- Więc trzymamy kciuki – odezwał się Nick, pewnie szczerząc się od ucha do ucha. – Mamy dwudziesty dziewiąty października, wiecie z czym wiążę się ta data?

- Zapewne dostaniemy wypłatę, więc będę mógł iść do Nando’s – powiedział ucieszony Niall, dodatkowo klaszcząc w dłonie, jak małe dziecko.

- O tak, ja za to zamierzam iść zrobić kolejny tatuaż. Ostatnio pewna osoba zniszczyła moje plany. Tak, Carol, o tobie mowa – włączył się Harry.

- A wy tylko, o sobie potraficie myśleć. Nick, dzisiaj premiera nowego singla – Liam, jak zawsze miał głowę na karku, przez co zespół nie wyszedł na totalnych głupków.

- No właśnie! „Little Things”! Nie Harry, nie zapytam, o czym jest piosenka. Już inni dziennikarze się, o to pytali, więc pozwólcie, że je pominę. Mam inne, czy ten singiel kojarzy się wam z kimś specjalnym? Jedną wyjątkową osobą? Tak, Harry?

- Cher. Co prawda, ona nie znosi jeansów, więc zawsze kiedy do tego dochodzi, ma niemal łzy w oczach. Jest na serio urocza.

- Niall?

- Moja dziewczyna, Olly, miała małe problemy z dietą. Uważała siebie za nieatrakcyjną, przez co popełniała błędy. Dla mnie nie ma to znaczenia. Może ważyć nawet i sto kilogramów i tak będę ją kochał.

- Aww, to takie słodkie – odezwał się Harry.

- Twoje niemniej – odgryzł się. – Liam?

- No cóż.. Dla mnie Dan jest idealna w każdym calu. Jak powiedział Niall, nawet ze stu kilogramową masą, grubymi udami, czy oponką na brzuchu będzie dla mnie piękna. Nie liczy się wygląd, a wnętrze – odpowiedział szczerze, zapewne przybierając swój idealny znany wszystkim uśmiech. – Zayn?

- Perrie ma piegi! Och i są na serio urocze. Uwielbiam je! Pezz, ani mi się waż cokolwiek z nimi robić, bo połamię Ci palce – pogroził ze śmiechem. – Kocham Cię, kochanie, taką jaką jesteś i proszę, nie zmieniaj się. Louis?

- No i ja, jak zawsze na końcu – mruknął wyraźnie niezadowolony. – Caroline co prawda, nie chodzi do łóżka z herbatą, ale ze szkicownikiem i kilkoma ołówkami. Och, ona trzyma je pod poduszką…

- Już ich, nie trzymam, Tomlinson – mruknęłam do siebie, wracając do płótna.

- Nasze rozmowy są różne, więc pozwolisz, że tego w żaden sposób nie skomentuję. Nie mniej jednak, kocham w niej każdą małą rzeczy, ale najbardziej podoba mi się jej ciążowy brzuszek, w którym rozwija się nasze dziecko. To zdecydowanie najlepsze w tym wszystkim.

Uśmiechnęłam się pod nosem, kreśląc cienkim pędzlem, pojedyncze linie na czole Liama, sprawiając, że wyglądało na zmarszczone. Zauważyłam, że Payne dość często przybiera właśnie taką, a nie inną minę. Wyglądał wówczas bardzo poważnie, jak na swój wiek, co niejednokrotnie komentowałam niekontrolowanym wybuchem śmiechu.

Dalszej audycji nie słyszałam uważnie. „Little Things” puścili mi kilka dni wcześniej, chcąc posłuchać mojej obiektywnej oceny. Powiedziałam im szczerze, że jak dla mnie ta piosenka jest jedną z tych smętnych, powodujących łzy w oczach, oraz wszech obecną melancholię, której tak na dobrą sprawę nie pozbędzie się, dopóki nie posłucha się czegoś weselszego. Z drugiej strony zmusza do refleksji, jest o czymś ważnym, przekazuje coś. W swojej ocenie, nie byłam wredna; ale szczera. Przypomniało mi to chwile na uczelni, kiedy wykładowca z kompozycji i aranżacji kazał nam oceniać siebie nawzajem. Było wówczas naprawdę wiele śmiechu i zabawny, aczkolwiek nie każdy umiał odpowiednio dobrać słowa, czy zgadzał się z oceną. Niemniej jednak wszystkim to zadanie bardzo pasowało.

- To jakieś szaleństwo, chłopcy – pokręciłam głową, mamrocząc do siebie. – Jeśli namaluję Liama, Nialla i Cher, zabierzecie mnie na jakieś egzotyczne wyspy.

- A więc, po to potrzebowałaś tych farb – usłyszałam za swoimi plecami głos Andiego, który jak gdyby nic opierał się o framugę drzwi od pokoju. – Gdzie Zuza?

- W zoo z Danielle i Eleonore. Jak coś powiesz któremuś z nich, to możesz być pewien, że nie będziesz miał spokojnej nocy – zagroziłam mu, zasłaniając plecami swój obraz, który był prawie skończony.

- Spokojnie, kochanie, nic nikomu nie powiem. Hmm, nie myślałaś o przeprowadzce? – spytał, siadając na zaścielonym łóżku, na wierzchu, którego spoczywały przybory do malowania, tona zdjęć One Direction, moje stare notatki z wykładów, oraz laptop. Audycja Nicka Grimshawa dobiegła końca, wraz z piosenką Rity Ory. – Po twojej minie, wnioskuję, że nie.

- To nie takie proste, Andy. Mam ważniejsze sprawy na głowie, niż szukanie nowego mieszkania dla nas. Poza tym, Zuza jest zadowolona z niego.

- Kochanie, ona byłaby zadowolona, gdyby miała własny pokój, jak w Polsce, ale tutaj to tylko akceptuje. Tego ci jednak nie powie, bo ma cztery lata i pewnych rzeczy nie rozumie – zauważył z dziwnym błyskiem w oku. – Po prostu weź to przemyśl, co? Jesteście w dwójkę, no teoretycznie w trójkę. Louis pewnie ci się oświadczy, innego wyjścia nie widzę, skoro spodziewasz się jego dziecka.

- Nie wybiegasz za bardzo w przyszłość? – spytałam, przymrużając powieki.

- Hmm, nie – wytknął mi język. – Po prostu weź, kochanie, przemyśl to. Wiem, że to powinno należeć do obowiązków Louisa, ale na Boga, jesteś nowoczesną kobietą, sama umiesz, o siebie zadbać, więc…

- Nie stać mnie na nowe mieszkanie, Andy – przerwałam mu, nerwowymi ruchami przejeżdżając pędzlem po płótnie. – Gdyby nie ty, wylądowałabym na ulicy, bo nie miałabym gdzie mieszkać. Pensja przedszkolanki, wcale nie jest wysoka, a nie chcę…

- Nie chcesz żyć na utrzymaniu Louisa – dokończył za mnie. Potwierdziłam to, skinięciem głową. – Porozmawiaj z nim, o tym. To poważny temat.

- Ugh, jak ja nie znoszę poważnych tematów – mruknęłam, kolorując fragment koszuli Payne’a na niebiesko. – Może… może zajmę się malowaniem na zamówienie? Mogłabym dorobić do pensji, a jednocześnie robić, to co lubię. Może nie jestem Picasso, jednak nie jestem w tym chyba, aż tak zła, co?

- Nie, nie jesteś – zapewnił. – Może mnie też narysujesz? Zbliżają się święta.

- Oj, daj spokój. Przecież ty nie znosisz świąt – zauważyłam, odkładając pędzel na bok. Płótno z obrazem Liama, postawiłam pod parapet by wysechł, nim zawinę go w rulon i podaruję dziewiętnastolatkowi. – Poza tym, mi i Zuzie nie potrzeba dużo miejsca. Louis mieszka jeszcze z Harrym, który prawdopodobnie niedługo wprowadzi się do mieszkania Cher, sama mi o tym wspominała. Może, zamieszkamy u niego, dzięki czemu nie będziemy musieli kupować niczego nowego. No i jest plus tego; Zuza już zna tamto miejsce.

- A jak w ogóle ci się pracuje w jej przedszkolu? Jest dobrze?

- Nienajgorzej – przyznałam, układając puste płótno, by zacząć szkicować twarz Nialla, z jego charakterystycznym uśmiechem czy lekko wyprostowanymi włosami, które lubiłam w nim najbardziej. Był uroczym, lekko zakręconym chłopakiem o radosnym usposobieniu, oraz z pozytywnym spojrzeniem na świat. – Inne opiekunki, trochę się bały, że sobie nie poradzę, ale kiedy zauważyły, że dzieci chętnie spędzają ze mną czas i to nie tylko z grupy Zuzy, zmieniły do mnie nastawienie.

- Więc jesteś zadowolona? Bo jeśli ty jesteś zadowolona, taka jest i Zuza.

- Obie jesteśmy zadowolone – zapewniłam go, kreśląc kolejne kreski. – Ona więcej się uśmiecha, zaczęła rozmawiać z innymi dziećmi, je to co jej podajemy, a przede wszystkim nie płacze. Wszyscy zauważyli, że dzięki mojej obecności zrelaksowała się. Myślisz, że ta fryzura jest odpowiednia, czy powinnam coś zmienić?

- Ty na serio pytasz się mnie o fryzurę? – zaśmiał się niedowierzająco.

- Tak. Muszę wiedzieć, w końcu to prezent urodzinowy.

- Które miał dwa miesiące temu.

- Andy, nawet gdyby miał urodziny w czerwcu, narysowałaby mu coś – powiedziałam pewnie. – Weź daj głośniej, uwielbiam tą piosenkę.

- Ed Sheeran? – skinęłam głową, poprawiając cienie na twarzy. – Gra dzisiaj koncert w Guildford. Chętna?

- Pewnie, ale z kim zostawię Zuzę?

- Może z Beatrice, co? Wiesz, że ona kocha twoją córkę, mocniej ode mnie.

- I to ma mnie przekonać? – zaśmiałam się, nie odrywając wzroku od szkicu Nialla. – Nie wiem, czy zajmowanie się czterolatką jest dla Beatrice wymarzonym sposobem na spędzenie wolnego czasu.

- Zobaczymy. Lubisz Ed’a, więc czemu miałabyś się z nim nie spotkać? Poza tym, coś mi mówi, że chłopaki wybierają się na niego.

- Louis nic mi nie wspominał – mruknęłam lekko nadąsana tym faktem. – A szkoda, bo miałam wrażenie, że mówimy sobie wszystko. Naprawdę wszystko.

- Może to niespodzianka?

- Nienawidzę niespodzianek – przyznałam szczerze, zakreślając kontur koszulki.



Oddam Ci Twój portret, tylko proszę – nie śmiej się.

Sunday, January 13, 2013

Rozdział dwudziesty pierwszy

Od matrioszki: wiem, że rozdział miał być... wczoraj(?) ale w moim życiu nastąpił pewien przełom. w pewnym sensie wiem czego chcę i mam zamiar do tego dążyć. czy mi się to uda czy nie, tego nie wiem, ale wiecie co? będę próbować. właśnie na tym, moim zdaniem, polega życie - na próbowaniu nowych rzeczy. dążeniu do celu, zdobywaniu doświadczenia w różnych aspektach życia. spełnianiu marzeń. co jest moim marzeniem? jednym z nich jest nauczenie się chodzić w obcasach, haha! innym pogłębienie swojej wiedzy z języka angielskiego. co dalej? to się okaże :) na razie zapraszam na rozdział dwudziesty pierwszy! 
Kolejny może w środę/czwartek! kocham was, Miśki! xx Proszę, nie zapomnijcie, o tym, dobrze? (;


***



(Październik/Londyn/2012rok) 

Louis 



- Nie sądzę, Harry, by kupowanie ubranek było najlepszym pomysłem – powiedziałem spokojnie, kiedy osiemnastolatek, ściągnął z wieszaka malutką koszulkę z logiem Supermena. Na moje słowa, zmarszczył brwi, odkładając ubranko na miejsce. – Nie rób takiej miny. Carol jest dopiero w czwartym miesiącu. To za szybko. 

- A skąd ty możesz to wiedzieć, hm? Nie masz dziecka. Ty, patrz! – zawołał jak mała dziewczynka na widok jakieś rzeczy. – Ta koszulka będzie doskonale pasować do jej śpioszek z Batmanem. 

Pokazał mi naprawdę małą, żółtą koszulkę z czarnym logo Batmana. Jego uśmiech w tym momencie był uroczy, a oczy świeciły się zdrowym blaskiem. Nie miałem zielonego pojęcia, że zakupy dla dziecka, tak na niego podziałają. Od ponad dwóch godzin chodziliśmy po sklepach z dziecięcymi ubraniami, rozglądając się za czymś dla Zuzy. To Harry wpadł na ten, jakże genialny pomysł, sądząc, że bez jej matki, jest w stanie kupić coś, co rzeczywiście będzie na nią pasować. Szczerze mówiąc miałem co do tego pewne wątpliwości. Harry nie znał dokładnego rozmiaru ubrań Zuzy, a tekst: Ma cztery lata, poszukajmy czegoś dla czterolatki, był dla niego jedyną wskazówką, na to, gdzie właściwie powinien szukać ubrań. 

- A co robi Caroline? – zapytał, przeglądając dział ze skarpetkami. – Jejku, jakie małe! Myślisz, że stópki Zuzy się w nie zmieszczą? – pokazał mi małe granatowe skarpetki z gwiazdkami. Na myśl mi przeszły święta, które wypadają dopiero za dwa miesiące. Pokręciłem przecząco głową, sięgając po różowe skarpetki z kwiatuszkami. – Louis, znasz się na tym! 

- Nie sądzę. Zajmowałem się młodszymi siostrami, to wszystko – wzruszyłem ramionami, przeglądając kolejne pary, zastawiając się jaki rozmiar powinienem wziąć. – Carol, złożyła CV do przedszkola, do którego chodzi Zuza. A prócz tego, chce podjąć się studiów zaocznych na kierunku, na jaki planowała iść w czasie lata. 

- Ambitna dziewczyna – zauważył, w między czasie przechodząc do kolejnego działu. – Słuchaj, Louis, przepraszam, że tam na nią najechałem. Zachowałem się jak idiota i bezwstydny zazdrośnik. Nie miałem prawa, ale cholera.. naprawdę sądziłem, że cię stracę. Nie wierzyłem, że Carol naprawdę jest taka, jak mówiłeś. 

- Jej to powiedz, a nie mi, Hazza. Ta bluza jest fajna – pokazałem mu szarą, rozpinaną ocieplaną bluzę z małą flagą Wielkiej Brytanii po prawej stronie. 

- Sądzę, że jej mama wolałaby coś z flagą Polski. 

- Ale tutaj nie ma nic z flagą Polski – jęknąłem, przeglądając kolejne bluzy. 

Czując na sobie spojrzenie kilku dziewczyn, które z wielkim zainteresowaniem, obserwowały nasze zakupy, popadłem w zakłopotanie. Nigdy jakoś nie lubiłem, być pod ostrzałem spojrzeń, kiedy cokolwiek kupowałem, a szczególnie jeśli tym czymkolwiek były ubrania dla dziecka. Miałem wrażenie, że owe dziewczyny za chwilę zrobią nam zdjęcie i wstawią na jakiś portal, podpisując je bardzo niemiło. Harrego całkowicie pochłonęły zakupy, także się nimi w ogóle nie przejmował. 

- Hazz, mam niemiłe wrażenie, że wszyscy nas obserwują – szepnąłem mu na ucho, w momencie, kiedy sięgnął po jasne body. – Zuza jest na nie za duża – odezwałem się, nim cokolwiek zdążył powiedzieć. 

- Po prostu ignoruj je, tak jak zawsze – powiedział spokojnie. – Myślisz, że nie nadają się na chłopca? Za jasne? 

- Harry, on się jeszcze nie narodził – zauważyłem, mając dość tych zakupów, tego centrum i dnia. Chciałem już wrócić do domu, odpocząć i zjeść coś. Boże, ale byłem głodny. 

- Louis! Harry! – usłyszeliśmy wesoły głos Cher, która szła do nas z wielkim uśmiechem na buzi, z milionem toreb w dłoniach, próbując przepchać się przez fanki. – Uff, no nareszcie. Kto by pomyślał, że w środku tygodnia może być tu tyle ludzi? Co wy tutaj w ogóle robicie? Harold! – krzyknęła mu prosto do ucha i dopiero wówczas chłopak ocknął się, patrząc na swoją dziewczynę. 

- O hej, kochanie – powiedział wesoło, schylając się, by cmoknąć ją w usta. – Robimy zakupy dla Zuzy i Larrego, ugh, jak to brzmi – skrzywił się, pokazując jej jasne body, które nadal trzymał w dłoniach. – Co sądzisz? 

- Fason nie mój i kolor trochę za jasny. Nie masz czegoś z dłuższymi rękawami? – spytała ze śmiechem, zarzucając włosy na plecy. 

- Och, to nie dla ciebie, Cher. Myślałem, że można by je kupić dla Larrego. 

- Ale on się jeszcze nie urodził – zauważyła, patrząc na mnie, niemal błagając mnie, bym jej wyjaśnił, o co mu chodzi. 

- Harry chyba za bardzo wcielił się w rolę ojca chrzestnego – powiedziałem. 

- Czy to, że chcę dla niego wszystko, co najlepsze jest grzechem? – zapytał retorycznie. – Zresztą, to ode mnie. Jak wy jesteście tacy mądrzy, kupcie coś lepszego. Nie obchodzi mnie to. 

- Carol cię chyba zabije śmiechem, jak to zobaczy – zauważyła Cher, na co Harry wyraźnie posmutniał. – Ale nie przejmuj się kochanie, ja będę obok, jakby miało do tego dojść. A teraz, czy możemy stąd iść? Bolą mnie nogi, nie czuję rąk i mam wielką ochotę na kawę. Mrożoną kawę – dodała, obracając się na pięcie. 

- No ale co z tym body? Chcę je kupić – jęknął, niczym małe dziecko, które nie dostało lizaka. Mimowolnie zaśmiałem się z jego miny, która w tym momencie wyrażała czysty smutek, oraz rezygnację. – No to chociaż tą bluzę? – wskazał na brązową bluzę, która do kaptura doszyte miała uszy. – Słodka? 

- Harry, ja cię lojalnie uprzedzam, nie mam zamiaru zachodzić z tobą w ciążę, bo widząc jak się zachowujesz w stosunku do nich, boli mnie głowa. 

- Ty przynajmniej nie musiałaś znosić jego marudzenia na temat kolorów śpioszków, kolorowych apaszek, butów, kapci czy koszulek. Serio, nie miałem pojęcia, że on zna nazwy tych wszystkich barw. 

- Nie żeby coś, ale ja nadal tutaj jestem – zwrócił na nas swoją uwagę, w dłoniach ściskając niebieskie śpioszki w małym rozmiarze. – Możemy iść. 



*** 



- Kochanie! – zawołałem, kiedy przekroczyliśmy próg mieszkania Caroline. 

Z salonu wybiegła pierw Zuza, cała pobrudzona farbami, mimo to na jej usta igrał cudowny uroczy uśmiech, który był do tego stopnia zaraźliwy, że zapomniałem o feralnych zakupach, o których przypominały mi torby, które wcześniej zostały rzucone pod jedną ze ścian. Zuza wskoczyła w ramiona Harrego, małe rączki zanurzając w jego gęstych lokach. Następnie przeszła w ramiona Cher, całując ją szybko w policzek, bawiąc się jej włosami. 

- Nie, Andy, nie jedź tam. Ani mi się waż! – usłyszeliśmy podniesiony głos Caroline, która dopiero teraz wyłoniła się ze swojej sypialni, trzymając telefon przy uchu, marszcząc przy tym brwi w zabawny sposób. – Och, zapomnij. Poradzę sobie bez niej. Nie, naprawdę nie trzeba. Do cholery jasnej, ile mam ci powtarzać jedno zdanie? Idiota – mruknęła, rozłączając się. – O, cześć wam. 

- Stało się coś? – spytałem, kiedy przywitała się z nami, mnie dodatkowo ofiarując jeden szybki pocałunek. – Czym cię Andy zdenerwował? 

- Prosiłam go, żeby załatwił mi jeden kolor farby plakatowej. Wymyślił, że pojedzie do mojej uczelni i zabierze jedną sztukę z klasy od sztuki. Co ta bezmyślny facet – wyjaśniła, wywracając oczami. – A jak u was? Zakupy się udały? Cher, z dzieckiem ci do twarzy; nie myśleliście o jakimś bobasku? – spytała z uśmiechem, przekrzywiając głowę lekko w prawo. 

- Nie! – krzyknęła, także nawet Zuza podskoczyła w miejscu, przyglądając się nastolatce z zainteresowaniem. 

- Nie? Przecież one są pocieszne – zauważyła, odwracając się na pięcie by wejść do kuchni. – Umm, będzie tam tak stać? Wejdźcie do środka, mam co prawda mały bałagan, bo porządkowałam swoje rzeczy i robiłam miejsce dla Zuzanny. Napijecie się czegoś? 

- Po dzisiejszym dniu i po tym, jak zachowywał się Harry w sklepie z ubraniami dla dzieci, nie chcę mieć z nim żadnych dzieci – wyjaśniła, niosąc Zuzę w stronę kanapy. – A tak poza tym masz naprawdę ładne mieszkanie. Przytulne. 

- Miało takie być. Mam colę, chcecie? – zapytała kierując się do kuchni, by po chwili wrócić z tacą, na której ustawione miała wysokie szklanki z napojem, oraz talerzyk z ciasteczkami. 

- Pewnie! – zawołał radośnie Harry, w żaden sposób nie przejmując się tym, że jego dziewczyna lekko go zjechała. – Mam coś dla ciebie, a właściwie dla Zuzy i Larrego. 

- Larrego? – spytała, upewniając się. – Przecież on ma dopiero cztery miesiące, dodam, że nawet się nie urodził. 

- Dla niego nie ma to żadnego znaczenia – wtrąciłem, porywając jedno z ciastek, które na wierzchu posypane było cukrem. – Mmm, dobre. Sama piekłaś? 

- Zuza, mi pomagała. Co Harry kupiłeś? Mam się bać? 

- Od razu bać! Ja tylko zaopatrzyłem twoje dzieci w coś fajnego, a ty od razu chcesz się bać. Ładnie to tak? – był oburzony, ale mimo to podał jej dwie torebki, w których czaiły się ubrania dla naszych pociech. 

Naszych. 

Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, jak naturalnie przychodzi mi nazywanie Zuzy moim dzieckiem, chociaż czysto teoretycznie jestem dla niej nikim. Ot, znajomym jej mamy. Ona jednak stała się dla mnie kimś ważnym; nie odłącznym elementem mojego życia. Gdyby nie one, pewnie wróciłbym do starego Louisa, który był samotny, nudny i beznadziejny, chociaż żył życiem idola nastolatek. One jednak zmieniły mnie; na lepsze, oczywiście. 

- No i to się nazywa reakcja! – usłyszałem podniesiony, pełen entuzjazmu głos Harrego, który skutecznie ściągnął mnie na ziemię. – Podobają ci się? 

- Oczywiście, Harry. Są urocze, ale będą dobre dopiero za jakieś… trzy lata – Carol uśmiechnęła się, uważniej przyglądając się niebieskim body. - Ale za to, ta koszulka jak i bluza będą dobre. Tak sądzę. Zuza jest drobna, więc powinny pasować. 

Carol lekko szturchnęła dziewczynkę, w migowym, prosząc by przybrała się w ubrania, które kupił jej wujek Harry, który w tym samym czasie przetłumaczył nam jej słowa, na angielski. Ledwo dziewczynka wyszła z salonu, a telefon Carol znowu dał, o sobie znać. Dziewczyna niechętnie go odebrała, kierując się w stronę pokoju, w którym zniknęła Zuza. Wróciła chwilę później, razem z dziewczynką, która w koszulce z Batmanem wyglądała naprawdę dobrze, a nawet poważnie jak na swój młody wiek, oraz uroczo. Koszulka kończyła się kilka centymetrów za pupą. Pasowała jej. Na wierzch miała zarzucą bluzę, którą na prośbę Harrego, zapięła, zakładając na głowę uszaty kaptur. Przybrała pozę profesjonalnej modelki, uśmiechając się z dziecięcym wdziękiem. 

- Więc jednak kupiłem coś dobrego – powiedział sam do siebie, Harry, sięgając po ciastko. – Dobry ze mnie, wujek, co? – poruszył sugestywnie brwiami. 

- Skoro taki z ciebie dobry wujek, to mógłbyś mi pomóc w jednej rzeczy, Harry? Muszę przenieść z sypialni pianino, a sama tego nie zrobię; to znaczy mogłabym zrobić, gdyby Louis nie był tak nadopiekuńczym facetem. 

- Hej! Jesteś w ciąży, nie powinnaś dźwigać ciężkich przedmiotów – na moje słowa Carol wywróciła oczami, posyłając swojej córeczce buziaka w powietrzu. 

- No to pomożesz mi, czy mam prosić, o to Andiego, który swoją drogą ma wpaść za jakieś pół godziny z farbami dla mnie. 

- To on przed chwilą dzwonił? – zapytała Cher, z uśmiechem obserwując jak Zuza, przegląda zawartość jej toreb. 

- Nie, to z przedszkola Zuzanny. Tak jakby mam u nich pracę. W poniedziałek zaczynam, a do końca tygodnia moje Słoneczko ma wolne – wyjaśniła, migając jednocześnie, by i dziewczyna mogła zrozumieć. Uśmiech jaki pojawił się w tym momencie na jej ustach, był niesamowicie szeroki. – Tak więc, mam jeszcze trochę czasu, by ogarnąć to miejsce. Tak, Louis, nie zamierzam siedzieć na dupie, więc nawet nie próbuj mnie zmuszać do zrezygnowania z tej pracy. 

- Ja tylko nie chcę byś… 

- Do ósmego miesiąca zamierzam pracować – ucięła. – A teraz kochanie, rozchmurz się, bo inaczej pomyślę… Nie, niczego nie pomyślę – machnęła ręką, kierując się w stronę swojej sypialni, ciągnąc za sobą Harrego. 

Andy rzeczywiście przyjechał pół godziny później z kartonem, jak mniemałem wypchanym różnokolorowymi farbami, za które pewnie się mu dostanie. Nim zdążyłem mu cokolwiek zaproponować, obsłużył się sam, podkradając dodatkową porcję ciastek, które zamiast wylądować na talerzu, znalazły się w jego buzi, krusząc się przy tym na podłogę. Zuza zaśmiała się po swojemu, w tym samym czasie owijając szyję wełnianym szalem Cher. 

Z pokoju obok dochodziły głośnie krzyki Karoliny, która jak sądziłem, przeklinała w swoim ojczystym języku, Andy nawet wspaniałomyślne przetłumaczył nam jej słowa, na co rozszerzyłem szeroko oczy ze zdziwienia, że ona zna takie wyrażenia. Andy miał ze mnie nie lada ubaw, do momentu, kiedy zza winkla od sypialni dziewczyny, nie wyłoniło się pianino pchane przez Harrego. Loczek niesamowicie się przy tym męczył; widać było to po jego czerwonej twarzy, uchylonych ustach, przez które łapczywie chwytał powietrze. 

- Harry, przydałoby ci się odwiedzić siłownię, wiesz? – Karolina roześmiała, obserwując jak kędzierzawy przesuwa instrument pod jedną z wolnych ścian. – Może wybierzesz się tam dzisiaj z chłopakami? Wszystkimi – wyraźnie podkreśliła ostatnie słowo. 

- Och, no ja nie wiem. Chciałem iść do salonu tatuażu – mruknął, opierając się o instrument, który znalazł się pod ścianą. Karolina spojrzała na niego maślanym wzrokiem, lekko przegryzając dolną wargę; robiła tak zawsze, ilekroć czegoś chciała. – Dobra, tylko nie rób już tej miny. 

- Dzięki, Harold! – pisnęła jak mała dziewczynka, rzucając się mu na szyję, by pocałować go w policzek. – No, to teraz wypad z mojego mieszkania. Andy, zabierasz się z nimi i bez gadania, bo naskarżę Beatrice! 

- Cholera, jak ona ma powiedzieć coś Beatrice, to rzeczywiście powinienem iść z wami – powiedział, niechętnie dźgając się z miejsca. Poczochrał włosy Zuzy, na co ona zmarszczyła brwi. 



Caroline 



Kiedy chłopcy już wyszli, Cher zadzwoniła do reszty dziewczyn, zapraszając je na dziewczęce popołudnie w moim mieszkaniu. Podała im dokładny adres, prosząc je by po drodze kupiły jakieś procenty, coś do jedzenia, zabrały filmy romantyczne, a przede wszystkim nie zapomniały o lodach w różnych smakach. Byłam szczęśliwa, że mogłam na nie liczyć, kiedy potrzebowałam damskiego towarzystwa. Że bez względu na porę dnia, czy nocy, gotowe były by do mnie przyjechać. Były najlepsze. 

Godzinę później Olivia, Danielle, całe Little Mix, oraz ja z Cher siedziałyśmy na podłodze w salonie, oglądając jedną z komedii romantycznych, którą dziewczyny przyniosły ze sobą. Jesy zaplatała Zuzie warkoczyki, jednocześnie kolorując z nią jedną z kolorowanek, którą jej podarowała. 

- Wiemy już, że Danielle zostanie panią Payne, ale czy ty, zostaniesz panią Tomlinson? – zapytała wesoło Perrie, pociągając łyk czerwonego wina. 

- A czy ty zostaniesz panią Malik? – odgryzłam się, pokazując jej język. 

- Pierwsza zapytałam! – zawołała, pokazując na mnie palcem. – Więc…? Czy dziecko zespołu, ma już jakieś plany co do ciebie? W końcu nosisz w sobie jego dziecko i to synka. A właśnie, dziewczyny wiecie jak ta wariatka chce nazwać syna? 

- Domyślam się, że jako Directionerka musiała wpaść na coś naprawdę szalonego – odezwała się Jade, sięgając po precelki. – Mamy zgadywać czy sama nam powiesz? 

- Perrie, czemu w ogóle zaczęłaś ten temat? – zapytałam ze śmiechem, kręcąc przy tym głową. – To żadne dziwne imię. Larry Niam – odparła z szerokim uśmiechem. 

- O Boże! Nie wierzę! – Jade, Jesy i Leigh-Anne wybuchły niekontrolowanym śmiechem; nim się obejrzałam we trzy leżały na podłodze, turlając się na plecach, łapiąc się przy tym za brzuch, łapczywie chwytając powietrze. 

- Ty tak na serio? – zapytała niedowierzająco Jesy. – Ten chłopak będzie miał naprawdę szalone życie. Zresztą czego ja się mogłam po was spodziewać? Oboje jesteście nieprzewidywalni. A tak na poważnie, czy Louis planuje w końcu się ustatkować, skoro z Eleonore mu nie wyszło? 

- Mnie się, o to pytasz? Ja nie wiem – wzruszyłam ramionami. – Wiem, czego ja chcę; chcę, żeby Louis nie był do niczego zmuszany. Żeby ta decyzja była tylko i wyłącznie jego. Chcę być z nim, kocham go, ale jeśli ma mi się oświadczyć tylko dlatego, że jestem z nim w ciąży, to ja dziękuje. 

- Ale jestem z ciebie dumna, kochanie! – zawołała Olly, rzucając mi się na szyję. – Zasługujesz na szczęście, a jestem pewna, że przy Tommo, zaznasz je. 

- Już je mam. 



Nie wierzyłam w szczęście, dopóki Ty nie stanąłeś na mojej drodze. 

Thursday, January 10, 2013

Rozdział dwudziesty

Od matrioszki: no i tak oto doszliśmy do rozdziału 20 :) tekst jest okej, ale mógł być lepszy, nie sądzicie?
Chcę Wam życzyć miłego wieczoru i w ogóle udanego piątku. Nowy rozdział w sobotę. ! xx


***


Caroline 



Zuza zasnęła na kolanach Liama, wyczerpana śmiechem i nauką chłopaków migowego. Nie sposób było nie zauważyć, jak Louis się w nią wpatrywał. W jego niebieskozielonych oczach dostrzec można było wesołe iskierki, których nigdy dotąd nie widziałam. Aż miło się robiło, wiedząc, że to zasługa drobnej blondynki, która nie widziała świata poza wesołym szatynem. Oboje byli sobie potrzebni. Zuza Louisowi, by ten odzyskał radość życia, oraz wewnętrzny spokój, który stracił gdzieś po drodze. Za to Louis Zuzie, by ta poczuła się bezpiecznie przy mężczyźnie, którego w pewien sposób mogłaby traktować, jak ojca. Chciałam stworzyć z Louisem prawdziwą rodzinę, ale wiedziałam, że nie byłam jeszcze gotowa na małżeństwo. Miałam dopiero dwadzieścia lat. Co z tego, że byłam z nim w ciąży; to niczego nie zmieniało. Nie potrzebowałam białej sukienki, czy papierka do szczęścia.

Louis zaniósł Zuzę do swojego pokoju, zostawiając przy tym otwarte drzwi, żebyśmy mogli usłyszeć kiedy się obudzi. Kiedy dziewczynka zniknęła z salonu, zrobiło się w nim jakoś tak… ciszej i spokojniej. Niall wpatrywał się we mnie wyczekująco, oczami zadając mi chyba z milion pytań. Rozbawiona pokręciłam głową, domyślając się, o co mu chodzi. Sięgnąwszy po naprawdę pojemną torebkę, wygrzebałam z niej dość sporych rozmiarów kolorową reklamówkę, w której schowałam kilkanaście rzeczy z Polski.

- Wybaczcie, że nie są elegancko zapakowane, ale nie miałam do tego głowy – mruknęłam podając im po kolei prezenty.

Dla dziewczyn miałam urocze bransoletki z zawieszkami, które w jakiś sposób były związane z moim krajem, do tego dokupiłam im pocztówki z Wrocławia. Dla chłopaków miałam breloczki wraz zawieszkami do telefonu, chociaż szczerze wątpiłam, żeby ktokolwiek z nich to nosił. Nie wiedziałam jednak co mam im kupić. Nigdy nie umiałam kupować prezentów, chociaż lubię je dawać. Do tego miałam dla każdego koszulki z napisem „Kocham Polskę”, co z mojej strony było małym żartem. Oczywiście nie zabrakło pytania Nialla, odnośnie polskich smakołyków. Nie umiejąc się dłużej powstrzymać, wyciągnęłam z torebki jeszcze jedną reklamówkę, w której zapakowane miałam typowo polskie rzeczy. Jak słodycze z E.Wedla czy Wawla. Niestety wszystko inne, co jest dostępne w Polsce, można znaleźć w Anglii, więc było tego niewiele. Mimo to Niall wyglądał zupełnie tak, jakby Gwiazdka w tym roku przyszła znacznie szybciej, niż się spodziewał. Jego niebieskie oczy wyrażały szczęście i podniecenie w czystej postaci, do tego stopnia, że zaczął nawet przemawiać do tych wszystkich czekolad, ciasteczek, czy cukierków, doprowadzając wszystkich do niekontrolowanego śmiechu, który przerwał dzwonek do drzwi.

Harry podniósł się z klęczek, w dłoniach trzymając kawałek czekolady, którą ukradkiem podkradł Niallowi, kiedy ten był zajęty wmawianiem Olivii, że cukierki „Michałki” w pomarańczowej polewie są znacznie lepsze niż w białej, które polubiła dziewczyna. Harry wrócił po chwili wraz z moim kuzynem, a najlepszym przyjacielem Liama, niosąc w dłoniach coś co wyglądało jak konik na biegunach.

- Serio, Andy? Koń na biegunach? Ile ty masz lat? – pytałam między śmiechem, łapiąc się za duży brzuch, który idealnie było widać, przez obcisły sweter, którego miałam w planach się pozbyć, przy pierwszy lepszej okazji.

- Ciebie też miło widzieć, Karolinko – zauważył z sarkazmem, odstawiając na bok zabawkę, by następnie rozłożyć ręce, czekając aż się do niego przytulę. Zrobiłam to, wciągając przyjemny zapach starszego chłopaka, którym bez wątpienia był fiołek w połączeniu z różą i storczykiem. Musiał pracować w kwiaciarni, co nawet wydało mi się zabawne. Andy, fan ostrych imprez do białego rana, za dnia pracował w kwiaciarni? Ma dla was to jakiś sens? Bo dla mnie nie bardzo. – A ten konik, to dla Zuzanny. A właśnie, gdzie jest moje małe Słoneczko?

- W łóżku Louisa – palnął Niall, z pełną buzią usmarowaną czekoladą.

- Śpi w łóżku Louisa – sprostowałam. – Naprawdę nie musiałeś nic dla niej kupować, Andy – zauważyłam.

- Musiałem, Carol. Musiałem – przyznał, przenosząc wzrok na mój brzuch. – Tak szczerze, to miałem nadzieje, że to plotki – wskazał na niego, podnosząc jedną z brwi w górę, nachylając się nade mną, by szepnąć mi do ucha – mam przeprowadzić z nim rozmowę, w zastępstwie za Huberta, którego pewnie nie spotkał?

- Nie będzie to konieczne, ale dzięki za chęci, Andy – odpowiedziałam, ściskając go, jak mała dziewczynka swojego ojca; mocno, pewnie, z poczuciem, że przy nim jest najbezpieczniejsza. – I dziękuję za zaopiekowanie się moim mieszkaniem i regularną spłatą rachunków. Oddam ci do grosza.

- Och, daj spokój, kochanie – machnął ręką, czochrając mnie po włosach. – No proszę, czwarty tatuaż – dodał, zauważając rysunek za uchem. – Jak tak dalej pójdzie zamienisz się w Zombie Girl.

- No wiesz! – żachnęłam się, klepiąc go po ramieniu. – Daleko mi do tego. Spójrz na Zayna czy Harrego, ja bym się, o nich martwiła – wskazałam na obu, których twarze wyrażały czystą niewiedzę na temat tego, co się właśnie dzieje. – Tak, zdecydowanie trzeba się nimi przejąć.

- Oj, Karolina, Karolina – Andy kręcił głową, nie puszczając mnie ze swoich objęć. – Nawet nie wiesz, jak mi ciebie przez ten czas brakowało. Musiałem stąd wyjechać, by nie oszaleć. Dobrze, że Beatrice mnie znalazła, bo inaczej leżałbym pewnie na cmentarzu.

- Mam się czuć winna, twojemu nieodpowiedzialnemu zachowaniu?

- Powinnaś, kochanie. Powinnaś – odparł całkowicie pewnie. – Ale na serio, to mam nadzieje, że jak następnym razem zechce ci się lecieć do domu, po prostu nam, o tym powiesz.

- Mogę ci to obiecać, kuzynie – przyznałam z uśmiechem, w końcu uwalniając się z jego uścisku. – Prezent dla ciebie został w mieszkaniu, w którym tak przy okazji zastałam niezły syf i pustą lodówkę. Musiałam uspokajać Zuzę, która sądziła, że ktoś się wkradł. Chcesz coś powiedzieć na ten temat?

- To nie ja! To wina twoich sąsiadów! – zaczął się bronić, wymachując rękami na wszystkie możliwe strony. – Ej, serio.

- Tyle, że moi sąsiedzi mają niemniej niż pięćdziesiąt lat i mieszkają piętro niżej. Prócz mnie na czwartym piętrze, nikt więcej nie mieszka, więc jak sam widzisz, twoje wymówki są idiotyczne. Ale nie przejmuj się.. pomogła mi twoja mama, której swoją drogą wisisz wizytę w najlepszym salonie fryzjerskim, jaki znajdziesz w Londynie.

- Wróciłaś z Wrocławia i już jesteś bardziej przemądrzała niż przedtem – powiedział niezadowolony, siadając między Cher, a Olivią. – Imię dla dziecka wybrane? Chrzestni?

- Caroline wpadła na naprawdę oryginalne imiona – odpowiedział mu Zayn, obejmujący ramieniem swoją dziewczynę.

- Mam się bać? – spytał w żartach, podkradając blondynowi wielką gumową kolorową kulkę, którą szybko wsadził sobie do ust, by Niall mu jej nie zabrał.

- Larry Niam – odparł, całkiem poważnie, mrużąc oczy w oczekiwaniu na jego reakcję. Andy wypluł gumę, krztusząc się przy tym, dławiąc i płacząc. Perrie poklepała go po plecach, uśmiechając się z troską. – Dobrze się czujesz?

- Ależ skąd! Właśnie się dowiedziałem, że mój siostrzeniec będzie miał w życiu przerąbane, bo jego nieobliczalna matka chce nazwać go Larry Niam. Przepraszam was, kochani, ale jak pieszczotliwie mam wówczas na niego wołać? Niarry?

- To jest jeszcze lepsze! – krzyknął Niall, podskakując w miejscu. – Ale kto zostanie chrzestnym? – spytał, przeskakując spojrzeniem to na mnie, to na Louisa, który krztusił się śmiechem. – Louis zrobić ci usta-usta, bo wyglądasz jakbyś potrzebował pomocy.

- Poradzi sobie – rzuciłam ignorując mojego ukochanego. – Zastanawiałam się dość długo nad chrzestnymi. Naprawdę długo – przyznałam szczerze, nerwowo szurając stopami, wybijając sobie palce. – Właściwie, mam nadzieje, że Louis się ze mną zgodzi.

- Z tobą zawsze – przyznał, oplatając mnie ramieniem, kiedy już się uspokoił.

- W porządku – odetchnęłam, czując jego obecność wszystko wydawało mi się znacznie prostsze. – Więc chciałabym, że ojcem chrzestnym został Harry, a matką-Danielle.

- Harry ma być ojcem chrzestnym?! – spytał chór męskich głosów, z Cher na czele, która wpatrywała się we mnie z rozbawieniem wymalowanym na twarzy.

- Andy ma rację, jesteś nieobliczalna – dodał od siebie Zayn, zginając się w pół.

- Przecież to najgorszy z możliwych wyborów – wtrącił Liam.

- No wiecie! Jakoś Lux na mnie nie narzeka – żachnął się, zakładając ręce na piersi, jak małe dziecko, które nie dostało jakieś rzeczy.

- Nie obchodzi mnie wasze zdanie – powiedziałam poważnie, zakładając rękę na ramieniu Hazzy. – To dziecko moje i Louisa i my decydujemy kto zostanie ojcem chrzestnym. Louis, masz coś przeciwko?

- Oczywiście, że nie.

- On by się z tobą zgodził, nawet gdybyś powiedziała, że chcesz żeby wasz syn nazywał się Bugs – zauważył Andy.

- Och, zamknij się już – poprosiłam, mając go serdecznie dość. – Jesteś wkurzający. Danielle? Co ty na moją propozycję? Zostaniesz mamą chrzestną Larrego?

- Jak mogłabym odmówić tak uroczej mamie? – zapytała retorycznie, wstając z kanapy, by mnie przytulić. – Będzie cudownie!

- No to skoro już wszystko się nam tak ładnie i słodko potoczyło, przejdźmy do części, w której gospodarze proponują poczęstunek i coś do picia, a mówiąc coś, mam na myśli…

- Andy, jest dopiero pierwsza, a ty już chcesz pić? Opamiętaj się.

Kuzyn już miał mi odpowiedzieć, kiedy cichy szloch uniemożliwił mu to. Uśmiechnęłam się do nich przepraszająco, zmierzając do pokoju mojego chłopaka. Blondynka siedziała na środku łóżka, zagubionym wzrokiem lustrując pomieszczenie, które Louis ewidentnie ogarnął. Widząc znajomą twarz, wyraźnie się uspokoiła, wyciągając do mnie swoje małe drobne rączki. Ledwo usiadłam obok niej, wtuliła się we mnie, nerwowo pociągając nosem. Uspokajająco jeździłam dłonią po jej plecach, przyciskając policzek do czubka jej głowy; Zuza w tym czasie ściskała palce mojej wolnej dłoni, jakby były one jej ostatnią deską ratunku.

- Zasnęłaś na kolanach Liama i Louis ciebie tutaj przeniósł – wyjaśniłam, kiedy się uspokoiła. – Nie musisz się bać. Chcesz zostać czy wracać do domu?

- Nie wiem. Harry.. Czy on mnie lubi?

- Zapytaj się go – zaproponowałam, schodząc z łóżka z uśmiechem. – Ale najpierw pozwól mi poprawić sobie warkocze.
Po szybkiej przeróbce fryzury, która z dwóch warkoczy zamieniła się w jeden dobierany, dołączyliśmy do ekipy, która w najlepsze konsumowała kurczaka z ziemniaczanym puree i warzywami na parze. Byłam pewna, że autorem dania, był nikt inny, jak Harry, który nerwowym wzrokiem wpatrywał się w Zuzę; ona za to przyglądała się jemu, stojąc na środku pokoju, lekko się do niego uśmiechając. Spojrzała na mnie szybko, jakby upewniając się, czy może wykonać jakiś ruch. Kiwnęłam głową, siadając obok Louisa, który wyszczerzył się na mój widok, bez słowa nakładając mi pełen talerz. Obserwowałam jak moja córka siada na kolanach Loczka, w napięciu oczekując jego reakcji.

Wbrew moim wątpliwościom, Harry objął dziewczynkę w pasie, jednocześnie zaczynając ją karmić, na co ona zaśmiała się uroczo, podkradając widelec z talerza Cher, by nakarmić Loczka. Razem wyglądali, naturalnie i tak szczerze, że aż mi to w głowie nie mieściło. Widząc jak Hazza zajmuje się Zuzą, zdałam sobie sprawę, że kiedyś będzie z niego naprawdę dobry ojciec. Z Cher tworzyli dobrą parę, mimo wcześniejszych obiekcji, dogadują się ze sobą i nawet się kochają. Oboje mają ciekawą osobność, szalone pomysły na nudę, oraz podobnie lubią spędzać czas wolny.

Mój wzrok przesunął się w lewo, spotykając się z przyjaznym spojrzeniem Danielle, która bez pośpiechu jadła kurczaka. Odwzajemniła mój uśmiech, zarzucając przy tym głową, przez co chmura brązowych loków, zatańczyła wesoło, opadając na wyprostowane plecy. Ona i Liam, pasowali do siebie jak dwa kawałki puzzli, z tej samej układanki. On spokojny, rozsądny, cierpliwy; ona beztroska, lekko szalona, zadziorna, ale mimo to kochana i pełna wewnętrznego ciepła. Ona także nadawała się na matkę; nawet bardziej ode mnie.

Tuż obok nich - swoją drogą zastanawiałam się, jak to możliwe, że tak wąska kanapa pomieściła aż sześć osób – siedział Zayn z Perrie. Urocza para, która na swojej drodze miała znaczniej więc kłód, niż ja z Louisem. Musieli znosić nie tylko ataki od strony antyfanów zespołu, ale także mediów, czy osób, które uważają się za Directionerki. Ja nią byłam i nie bałam się do tego przyznać. Nie wyobrażałam sobie, że mogłabym obrażać tą drobną blondynkę, która w końcu nie zrobiła nic złego. Ona tylko kochała Zayna i za to obrywała. Podobnie jak Danielle Liama. Obie dziewczyny miały przerąbane. Ja zapewne też będę…

Perrie widząc jak się jej przyglądam, uśmiechnęła się nieśmiało. Widząc jednak mój promienny uśmiech, poszerzyła go. Polubiłam ją, była nie tylko wspaniałą piosenkarką, z dobrym stylem, ale także lojalną przyjaciółką, na której można było polegać.

Cher z Harrym zabawiali się z Zuzą w najlepsze, próbując ją karmić. Więcej jednak spadało na koszulkę Harrego, niż do buzi dziewczynki. Mimo to nie przejmowali się tym, ani trochę. Widziałam, że nawet Andy miał z tego nie lada zabawę.

Niall z Olly, siedzieli obok mnie i Louisa w wysokich fotelach. Ścigali się, kto w krótszym czasie zje wszystko ze swojego talerza. Louis w między czasie powiedział mi, że wcześniej poprosili Zayna wraz z Liamem, by ci nałożyli im dokładnie taką samą porcję wszystkiego, by mieli wyrównane szanse. Olivia, przed poznaniem One Direction, wspominała mi, że chciałaby zmierzyć się z Horanem w jedzeniu. Spełniła swoje marzenie.

Na końcu my. Dwójka skrajnie różnych osób. On, gwiazda pop; ja absolwentka collegu muzycznego. On ideał większości nastolatek, a ja.. ja osoba, która chciała jakoś przeżyć w Londynie, zarobić trochę i wrócić do domu. Ale życie lubi pisać różne scenariusze, na które musimy się zgodzić, dostając za to naprawdę cudowne niespodzianki.



Dziękuję Ci, Louis.

Tuesday, January 08, 2013

Rozdział dziewiętnasty

Od matrioszki: Ten rozdział mi się podoba. Naprawdę mi się podoba. Mam nadzieje, że Wam także. Dziękuję za wszystkie Wasze komentarze! Kocham Was, Miśki! xx
Kolejny w czwartek. :)


***


(Październik/Londyn/2012rok) 

Caroline 



Przebywając w domu rodzinnym, wśród ludzi, których znałam, czułam spokój. Wrocław miał to do siebie, że tam każdy mógł odpocząć, nabrać sił, zrelaksować się. Przy okazji można było poznać prawdziwy urok tego miasta, spacerując o zachodzie słońca po kostce brukowej na Placu Solnym, czy Moście Zakochanych. Liczba miejsc, w których można by zaczerpnąć tchu, była niezliczona. Ja najbardziej lubiłam Górkę Partyzantów, nieopodal mojego rodzinnego mieszkania, czy park nad fosą, naprzeciwko starej Szkoły Podstawowej. Lubiłam chodzić do niego szczególnie z Zuzą, która na widok zjeżdżalni czy huśtawki odstawiała prawdziwy taniec radości, biegnąc w ich kierunku, nim ja zdążyłabym cokolwiek zrobić. Widząc jej szeroki, anielski uśmiech, widziałam, że tak na dobrą sprawę, niczego więcej jej do szczęścia nie potrzeba. Znała te tereny; znała dzieci, które tak samo jak ona, przychodziły tam codziennie, chociaż tak na dobrą sprawę, nie znała ich imion. To był jej kawałek Nieba, więc nie powinnam się sobie dziwić, że kiedy wylądowaliśmy już w Londynie, bałam się tego, jak Zuza sobie w nim poradzi. Mimo wszystko nie była otwartą na świat osobę. Bałam się, że nie zaklimatyzuje się w miejscu, gdzie wszyscy się już znali. W końcu był już październik, więc tym bardziej było to dla niej trudne. 

Trzy dni od przylotu do Londynu, przeprowadziłam z córką poważną rozmowę - o ile rozmowę z czterolatką można uznać za poważną – na temat jej nowego przedszkola, które było z dokładnie takim samym programem co w Polsce. Problem polegał jednak na tym, że od tej pory Zuza miała wymigiwać kolejne słowa po angielsku. Dobra, wiem jak to brzmi, ale taka prawda. Przeczuwałam, że to może okazać się dla niej kłopotem. Bałam się tego, jak cholera, jednak nie okazywałam tego, bo Zuza o dziwo cieszyła się na wieść, że może poznać nowe dzieci. Miałam tylko nadzieje, że nie będzie źle, a moja wyobraźnia i czarne scenariusze się nie sprawdzą. 

Tak więc dzień później zaprowadziłam Zuzę do przedszkola, które znajdowało się dokładnie dwadzieścia pięć minut od mojego mieszkania w Camden Town. Miałam szczęście, bo opłata za nie, nie przekraczała dwustu funtów, na co było mnie jeszcze stać. Prawda była jednak taka, że potrzebowałam pracy i to natychmiast. Najpierw jednak, czekało mnie spotkanie z całym One Direction, Perrie, Danielle, Cher i Olivią, której tak przy okazji powinnam porządnie nakopać do dupy. Swoją wizytę w mieszkaniu Harrego i Louisa, jak ustalili chłopcy, a do której ja się dostosowałam (wynikało to także z tego, że nie miałam zielonego pojęcia, jak dojechać do mieszkania pozostałej trójki) odkładałam tak długo, jak się dało, nie tłumacząc się przy tym jakoś specjalnie oryginalnie. Fakt, że musiałam posprzątać u siebie, zrobić jakieś zakupy, bo oczywiście lodówka świeciła pustkami, czy zorganizować kącik tylko i wyłącznie dla mojej córki, był prawdziwy, to jednak była też druga strona medalu – cholernie mocno bałam się tego spotkania. 

Gdy równo o jedenastej piętnaście zadzwoniłam dzwonkiem do drzwi z tak dobrze znanym mi numerem, czułam jak moje serce przestaje bić, oddech zgubił drogę, a ręce zaczęły się nieprzyjemnie pocić. Nienawidziłam takiego stanu, zaczęłam sobie wyobrażać, co w tym momencie czuje moja córka. Pewnie jest bardziej przerażona, niż ja. 

Nie pewnie, a na pewno. 

Drzwi otworzył mi Harry, który miał na sobie dokładnie taką samą koszulkę, jaką ja posiadałam w swojej kolekcji. Dzisiaj jednak nie ubrałam się jak chłopak, a jak młoda matka, która chociaż ubraniami, chciała podkreślić swój i tak niski wiek. Wąskie, naprawdę wąskie, brązowe jeansy, beżowy sweter bez zbędnego wycięcia z marszczonymi rękawami, w którym widać było ciążowy brzuch, oraz ciężkie brązowe buty za kostkę z miedzianymi ćwiekami. Na wierzch ubrany miałam czarny cienki płaszczyk i szary wełniany szalik, który dostałam na zeszłoroczną Gwiazdkę. Harry zlustrował mnie od stóp do głów, przybierając dziwny wyraz twarzy, jakby widział mnie po raz pierwszy. 

- Caro? – spytał wyraźnie zaskoczony. Przytaknęłam, mijając go by wreszcie wejść do przyjemnie ciepłego wnętrza, chociaż z drugiej strony miałam ochotę uciec stąd, gdzie pieprz rośnie. No może nie aż tak daleko, bo do przedszkola mojej córki. – Dlaczego ubrałaś się, jak… 

- Mamuśka? – zakpiłam, powoli ściągając płaszcz z szalikiem. Przytaknął, odbierając ode mnie odzienie, które powiesił do szafy. – Jestem nią i chyba pora by wam to wyjaśnić. 

- Caroline! – krzyknął Louis, który pojawił się w przedpokoju, w momencie, kiedy schylałam się by ściągnąć buty. – Tęskniłem! – dodał, porywając mnie w swoje ramiona, składając czuły i naprawdę długi pocałunek na czubku mojej głowy. 

- Wariacie, ostatnio widziałeś mnie wczoraj wieczorem – zauważyłam ze śmiechem, całując go w kąciki ust. Louis wyszczerzył się, łącząc nasze wargi w krótkim, subtelnym pocałunku, który został przerwany przez niecierpliwie chrząknięcie Harrego. – Ale możesz mnie już puścić, bo chcę ściągnąć buty. 

Kiedy w końcu obuwie wylądowało gdzieś w kącie przedpokoju, Louis zaprowadził mnie w głąb ich mieszkania. Im głośniejsze słyszałam rozmowy, tym bardziej, chciałam stąd uciec. Szatyn musiał wyczuć, że coś jest nie tak, bo mocniej mnie ścisnął mnie za rękę, dodając mi tym otuchy, której potrzebowałam, jak tlenu do oddychania. 

- Carol! – zawołała donośnie Cher, kiedy tylko zobaczyła. Ignorując Louisa, który w dalszym ciągu trzymał mnie za dłoń, rzuciła mi się na szyję, nie przejmując się brzuchem, czy tym, że z pewnością wyglądam jak trup. – Jak dobrze cię znowu widzieć – dodała, całując mnie w oba policzki, oraz czubek głowy. Odsunęła się ode mnie na odległość ramion, lekko przekrzywiła głowę w prawo, baczniej przyglądając się moim włosom. – Wyglądasz jakoś tak inaczej… Znowu zmieniłaś kolor włosów! Ten zdecydowanie bardziej pasuje ci do jasnych oczu. 

- Dzięki Cher – mruknęłam drżącym głosem. – Ale widać, że nie ja jedna zmieniłam swoją fryzurę. Ty także odwiedziłaś fryzjera – zauważyłam, lekko się uśmiechając, na widok krótszych włosów brunetki, które dodatkowo wyprostowała. – Wyglądasz tak dojrzalej. 

- No wiesz, w końcu mam już dziewiętnaście lat, a nie siedemnaście – wzruszyła ramionami, nie przestając się uśmiechać. 

- Cher, teraz moja kolej – powiedział uśmiechnięty Niall, który w policzkach chował coś, co z pewnością było batonikiem. Zdradzały to kawałki rozpuszczonej czekolady w okolicach kącików jego ust, czy brody. Odwzajemniłam uśmiech, w momencie, kiedy jego ręce opatuliły moją talię, a oddech połaskotał odsłonięty kark. – Cudownie znowu ciebie widzieć, Line. Masz coś dobrego do jedzenia z Polski? 

Nic nie mogłam poradzić na to, że wybuchłam niepohamowanym śmiechem, w momencie kiedy padło to pytanie. Mogłam się tego spodziewać, ale nie miałam pojęcia, że Horan zada mi je tak cicho i subtelnie, jakby bał się reakcji reszty osób. Pokręciłam rozbawiona głową, mrucząc, że później się okaże, czy coś mam. Po Niallu przyszła kolej na Liama, Danielle, Zayna, Perrie i oczywiście Olivię, która miała wielką ochotę zabić mnie spojrzeniem. Nic jednak się takiego nie stało. Mocno mnie tylko przytuliła, twierdząc, że mama musiała mnie naprawdę dobrze karmić, skoro aż tyle przytyłam. 

- Tak więc, mnie także jest niezmiernie miło znowu was widzieć – zaczęłam, kiedy przywitałam się już ze wszystkimi, gotowa to wyjaśnienia im wszystkiego i opowiedzenia jakże ciekawej historii mojego życia. – Może Louis już wam mówił, może zrobiła to Olly, w każdym bądź razie, jak widzicie jestem w ciąży. To chyba czwarty miesiąc, jednak nie wiem dokładnie, który tydzień, bo po pierwszych trzech straciłam rachubę – przyznałam ze śmiechem, chcąc trochę rozładować napięcie, które wyraźnie się pojawiło. – Tak, Hazza, ojcem jest twój przyjaciel – wyjaśniłam, widząc jego nieme pytanie, chociaż pewnie już to wiedział. – Szczerze to nie wiem, czy wiecie, czy nie, ale muszę wam powiedzieć, że to nie będzie moje pierwsze dziecko. 

I tak streściłam im moje życie. Powiedziałam im dokładnie to samo, co Louisowi, kiedy to jego ciekawość wzięła górę i ściągnął z mojego nadgarstka wszystkie kolorowe bransoletki, odsłaniając tym samym, to co próbowałam ukryć. Może w końcu odzyskam spokój, który zgubiłam kiedy po raz pierwszy wciągnęłam kokainę, uderzyłam młodszą ode mnie dziewczynę, ukradłam coś z apteki. Czara goryczy przelała się w momencie, kiedy poszłam do łóżka z facetem, dla którego byłam nikim więcej, niż laską na jedną noc. O tym, także im wspomniałam. Także, o moim wyroku w zawieszeniu, jeździe po pijanemu, chociaż byłam na tyle młoda i niska, że ledwo widziałam coś znad kierownicy. Widziałam u nich szok, jednak nie zatrzymywałam się, by zamydlić im oczy. Nie chciałam tego. Należała im się prawda i ją dostali. Co do słowa. Skończyłam słowami: 

- Zuza jest głucha, ale to najbardziej kochane dziecko, jakie znam. 

Dziewczyny, wraz ze mną, płakały. W oczach chłopaków widziałam smutek, ale także zrozumienie. Niall jako pierwszy podniósł się z miejsca, podszedł do mnie i ze słowami: Jesteś moim bohaterem, mocno mnie przytulił. Odwzajemniłam uścisk, chociaż żadnym bohaterem się nie czułam. Miałam po prostu w życiu pecha, do którego tak naprawdę, sama doprowadziłam. Kiedy Niall się ode mnie odkleił, spojrzałam na twarz Harrego. Wyglądał na naprawdę skupionego. Przez moment naprawdę się bałam tego, co może powiedzieć. 

- Carol, lubię cię, serio. Ale moim zdaniem to za dużo dla Niego – wskazał głową na stojącego nieopodal mnie Louisa. – On po prostu nie nadaje się na ojca. Sama wiesz, jaki on jest. Robi wszystko pochopnie. Nie usiedzi długo w jednym miejscu. Momentami jest arogancki i bezczelny. Sama poradzisz sobie najlepiej i… 

- Hazz, co ty właściwie wygadujesz?! – zdenerwowała się Cher, która była bliska by przywalić chłopakowi w tył głowy. 

- Masz rację, Harry – odezwałam się ze stoickim spokojem. – Mówiłam mu to, ale on nie chce mnie słuchać. Myślisz, że dlaczego wyjechałam stąd bez żadnej informacji? Właśnie po to, żeby mógł żyć jak dotąd. 

Moją wypowiedź przerwał dźwięk mojego telefonu. Widząc numer przedszkola Zuzy, odebrałam niemal natychmiast, przepraszając zgromadzonych. Wyszłam z salonu, nie chcąc by cokolwiek usłyszeli. To co usłyszałam zmroziło mi krew w żyłach. 

- Przepraszam, ale muszę iść – przeprosiłam ich, w międzyczasie szybko ubierając buty, szalik i płaszcz. Louis obserwował mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy, pytając co się stało. – Dzwoniła przedszkolanka. Zuza siedzi w łazience i płacze. Nie wiedzą co mają robić, bo nie pozwala im się do siebie zbliżyć. Boże, czułam, że to za szybko. Powinnam zostać z nią w Polsce. Tam znała wszystkich, umiała się dogadać. 

- Hej, spokojnie – wytarł mi pojedyncze łzy, które spadły mi po policzkach, w czasie wyjaśniania. – Pojadę z tobą i wrócimy z nią tutaj, dobrze? Wszystko będzie w porządku, Karolina. Poradzimy sobie. 

Kiedy zobaczyłam moje Słoneczko, całe zapłakane, siedzące w kącie pod umywalkami, poczułam jak serce łamie mi się na pół, wypełniając się bólem i cierpieniem. Podeszłam do niej i na moment, zapominając o tym, że nie powinnam jej dźwigać, wzięłam ją na ręce. Czując ciepło jej ciała, oddech na swojej szyi i te drobne rączki, które zacisnęły się wokół mojej szyi, czułam, że żyję. W drodze do domu Louisa, siedziałam z nią na tylnim siedzeniu, uspokajając, jednocześnie tłumacząc dokąd jedziemy. Zastanawiałam się także, co powinnam teraz zrobić. Nie chciałam ryzykować jej ponownego płaczu. Nie chciałam by poczuła się porzucona, bo mama postanowiła zostawić ją w miejscu, którego nie zna. 

- Już dobrze, Kochanie? – wymigałam, w międzyczasie od nowa zaplatając jej warkoczyki, które chciała bym zrobiła jej rano. Pokiwała główką, obserwując przesuwające się za oknem, budowle. – Podoba ci się? 

- Jest inaczej niż w domu – przyznała, lekko się uśmiechając. 

- Jeśli będziesz chciała tam wrócić, daj mi znać, dobrze? 

Przytaknęła, szerzej się uśmiechając. Odwzajemniłam uśmiech, który w tym momencie był jednym z najszerszych jakie kiedykolwiek widziałam. W jej oczach widziałam olbrzymie zainteresowanie tym, co mijaliśmy. Jednak największy szok miała, kiedy zobaczyła kierownicę po prawej stronie, a nie lewej. Dziecięca ciekawość wylewała się z niej, jak nigdy dotąd. Mimo strachu przed nowymi ludźmi, chciała zobaczyć Londyn i poznać go na swój własny sposób. 

W połowie drogi, usnęła mi na kolanach, zwijając się w kłębek. Wyglądała uroczo i spokojnie. Zupełnie inaczej, niż wtedy, kiedy widziałam w jej oczach łzy. Głaskałam ją po głowie, chcąc by miała pewność, że jestem obok i jej nie zostawię. 

- I co powinnam teraz zrobić, Louis? – spytałam cicho, opierając głowę o zagłówek, przymykając oczy, wsłuchując się w spokojną melodię, która płynęła z radia. – Widziałeś jej łzy. Nie chcę by jutro znowu płakała. 

- Zostaniesz z nią w domu. Nie musi chodzić do przedszkola – odpowiedział pewnie, Pokręciłam głową, dając mu do zrozumienia, że nic z tego nie będzie. – Hej, mówię poważnie Carol i rób takiej miny. 

- Lou – jęknęłam, otwierając oczy. – Ja nie mogę, siedzieć w domu. Muszę znaleźć pracę. Muszę coś robić i… 

- Będziesz matką mojego dziecka, Caro. Ja zadbam o pieniądze, a ty o dom. 

- A co to za jakieś staroświeckie myślenie, Toms? – spytałam z cwanym uśmiechem, odchylając trochę głowę w lewo, by spojrzeć na jego profil. – Mam robić za kurę domową, kiedy ty będziesz udzielał kolejnych wywiadów? 

- Nie to miałem na myśli – wyjaśnił wjeżdżając na pilnie strzeżone osiedle. 

- Nie? A co dokładniej miałeś na myśli? – wysiadłam z samochodu, biorąc córeczkę na ręce, zakładając przy tym torebkę na ramię, w której chowałam kilka drobiazgów z Polski. Zuza wydała z siebie ciche mruknięcie, spowodowane zapewne zmianą ułożenia. – Bo ja właśnie tak to zrozumiałam. Mam robić za kurę domową w dwudziestym pierwszym wieku. 

- Carol – jęknął, wpuszczając mnie do środka bramy – proszę, nie odwracaj moich słów. Ty.. ja chcę tylko, żebyś nie musiała martwić się tym, czy Zuzanna dobrze czuje się w przedszkolu, czy znowu nie płaczę, czy dogaduje się z dzieciakami. 

- Uroczy jesteś, kiedy próbujesz się tłumaczyć – przyznałam ze śmiechem, zatrzymując się przed drzwiami od mieszkania. – Louis, jesteś pewien, że Harry mnie nie wyrzuci? W końcu dał mi jasno do zrozumienia, że… 

- Kochanie, nie przejmuj się nim. W końcu to tylko osiemnastolatek, nadal buzują mu hormony, nie wie, co mówi. Poza tym, on kocha dzieci. Szaleje za Lux.. – mówiąc to, otworzył drzwi. – Po prostu pozwól mu, poznać urok Zuzy. 

W tym momencie dało się usłyszeć cichy szloch dziewczynki, która wyraźnie się rozbudziła, kiedy doszedł do nas dźwięk włączonego telewizora i wesołych rozmów. Zaczęłam ją kołysać, w tym czasie Louis pomagał mi się rozebrać, doszło nawet do tego, że ściągnął mi buty. Następnie rozebrałam Zuzę. Uśmiechnęłam się do niego z wdzięcznością, próbując uspokoić córkę. 

- Co to za dźwięki? – spytał wyraźnie zainteresowany Niall, pojawiając się w przedpokoju. – O jejku, jaka urocza dziewczynka! – zawołał, podchodząc do nas. 

Zuza przyglądała się mu z wyraźnym zainteresowaniem. Pociągała noskiem, w dalszym ciągu mocno się mnie trzymając, chociaż ciekawość nową osobą, była widoczna gołym okiem. Niall połaskotał ją po brzuchu, uśmiechając się szeroko. Wówczas stało się coś, czego się nie spodziewałam, Zuza wyrwała mi się, wyciągając rączki do blondyna, który wziął ode mnie, posyłając upewniające spojrzenie. 

- Polubiła cię, Nialler – zauważyłam, uśmiechając się do Irlandczyka. – Wykorzystaj to, dopóki jej płacz nie roztrzaska ci bębenków – dodałam, czując jak Louis zakłada mi rękę na ramię. 

- Jest słodka – przyznał, siadając z nią na podłodze. 

- To twoja córka? – spytali chórem wszyscy pozostali, prócz Harrego, który uparcie wpatrywał się ekran telewizora. 

Olivia szturchnęła go w bok, ale nawet na to nie zwrócił uwagi. W czasie kiedy reszta była zauroczona zabawą z dziewczynką, ja zastanawiałam się, co powinnam zrobić. Nie chciałam, żeby się na mnie gniewał, za to, że jego przyjaciel zostanie ojcem. Za to, że zaszłam z Louisem w ciążę. Zauważając, jak wychodzi na taras, poszłam za nim. 

- Harry? Ja… przepraszam – szepnęłam stojąc w przejściu. Hazza oparł się o barierkę, ciężko wzdychając, nachylając się nad nią, tak jakby chciał dostrzec to, co się dzieje przed budynkiem. – Starałam się, żeby Louis o mnie zapomniał. Zachowałam się jak ostatnia… Sam zresztą wiesz, jaka byłam. Kiedy pojawił się przed moim mieszkaniem, nie dość, że zatrzasnęłam drzwi przed jego nosem, to dodatkowo dałam mu w twarz. Ale on wracał, jak bumerang.. Nic do niego nie docierało… 

- Nie jestem zły, dlatego, że masz dziecko, Caroline – wyjaśnił, odwracając się przodem do mnie. – Nie mogę się za to gniewać, w końcu do tego potrzeba dwójki osób, a z tego co mówiłaś, ojciec Zuzy, był czystym draniem. Cieszę się, że trafiłaś na Louisa. Widać, że już pokochał Zuzę, chociaż nie jest jego biologicznym dzieckiem. Ja tylko… to żałosne. 

- Jesteś zazdrosny? – spytałam prosto z mostu, lekko się do niego uśmiechając. Hazza, zawstydzony odwrócił głowę, ciężko wzdychając. – Nie masz o co, Hazz. On ciebie nigdy nie zostawi. Zawsze będziesz dla niego ważny. 

- Ona ma rację – odezwał się chłopak za mną. Odwróciłam głowę, posyłając Louisowi lekki uśmiech, wymijając go, żeby popchać go w stronę Harrego, który na jego widok nieznacznie się rozpromienił. 

- Porozmawiajcie sobie, chłopcy, a ja idę zobaczyć, czy Zuza nadal jest w jednym kawałku – powiedziałam ze śmiechem, wracając do salonu. 

Tam zastałam naprawdę komiczny widok. Zuza siedziała na kolanach Liama, wymachując rączkami we wszystkich kierunkach, wyrażając tym samym swoje zdenerwowanie na Nialla, który próbował porozumieć się z nią w języku migowym. Na mój widok, blondynka wyraźnie się rozchmurzyła. 

- Mama! Oni, nie znają migowego! Jak ja mam się z nimi bawić? – wymigała szybko, jak ja czterolatkę. Podskakując przy tym na kolanach szatyna, który mocniej ją przytrzymał, by nie spadła. 

- To nie ich wina, kochanie – odpowiedziałam, siadając obok Nialla, który wygiął usta w podkowę. – Niall? Pomóc ci? 

- Pewnie! Bo z nią nigdy się nie dogadam! – przyznał, wyrzucając ręce do góry. Dziewczyny z Zaynem zaśmiali się z jego entuzjazmu. – Nie śmiejcie się, bo sami nie jesteście lepsi. 

- Caroline, a jak się właściwie czujesz? – spytała Danielle z troską. – Byłaś na badaniach? Wszystko dobrze z dzieckiem? Znasz już płeć? 

- Hej, hej, hej.. Spokojnie, Dan – poprosiłam, wyciągając przed siebie dłonie w geście obronnym. – Wszystko jest dobrze. Z dzieckiem w porządku, a płeć… Znam – zakończyłam z cwanym uśmiechem. – Powiem wam, jak kochankowie do nas wrócą. Dobra Niall, a teraz uważaj, bo dwa razy nie będę powtarzać. 

Nie tylko Niall uważał. Pozostali także zwracali uwagę na moje gesty, które wbrew wszystkiemu nie były trudne. Najszybciej załapała Perrie z Cher, oraz Zayn. Olivia z Danielle i Liam potrzebowali, żeby powtórzyć im jeszcze raz, za to Niall.. Niall miał problem już z pierwszym gestem, a właściwie literą. W końcu Zuza wzięła sprawy w swoje małe rączki i powoli, naprawdę powoli, pokazała Niallowi każdy gest z osobna, uśmiechając się szerzej, kiedy powtórzył prawidłowo. 

- Jesteśmy! – zawołał radośnie Louis, biorąc Zuzę na rączki, czochrając ją przy tym po włosach, na co ona zmrużyła oczy, wymigując: Jesteś zakręcony, Lou. – Carol? 

- Jesteś zakręcony, Lou – odezwał się Harry, wyprzedzając mnie w tłumaczeniu. Spojrzałam na niego zaskoczona. – Nie patrz się tak na mnie, Caro, bo pomyślę, że zrobiłem coś złego. Mam coś na twarzy? 

- Skąd znasz migowy? Nie przypominam sobie, żebyś kiedykolwiek mówił, o tym, że znasz migowy – przyznałam, wstając z kucek. 

- Bo nie mówiłem. Stwierdzam fakt, iż nie każdy musi o wszystkim wiedzieć. 

- Ale jak Directionerka ma nie wiedzieć czegoś, o One Direction? Przecież to nienaturalne! To tak jakby… Historyk nie wiedział czegoś z historii, a muzyk nie znał jakieś nuty, nieprawdopodobne! Więc skąd znasz migowy? 

- Miałem głuchego kuzyna – wyjaśnił, wzruszając ramionami. – Kiedy przesiadujesz z taką osobą, migowy wchodzi ci do głowy mimowolnie. 

- Miałeś? 

- Przeszedł operację. 

- Och – szepnęłam, uśmiechając się smutno do Zuzy, która poprawiała, a właściwie burzyła, fryzurę Louisa. – Szkoda, że u Zuzy nie będzie to możliwe. 

- Nie? – zapytał Liam, chcąc się upewnić, czy dobrze usłyszał. 

- Ma wrodzoną wadę słuchu, naprawdę trudną do zoperowania – przyznałam ze ściśniętym gardłem. Rozmowy na ten temat, od zawsze były dla mnie naprawdę trudne, szczególnie teraz, kiedy niemal wszyscy poznali sekret dotyczący mnie i mojej rodziny. – Ale mniejsza z tym. Ważne, że mimo ułomności, Zuza jest uśmiechnięta. To dla mnie najważniejsze, poważnie. 

Wszyscy zgodzili się z moimi słowami, twierdząc, że pokochali ją od pierwszego uśmiechu i spojrzenia jej dużych brązowych oczu, które już na zawsze będą mi przypominać o Nim. Pokręciłam głową, niemal natychmiast wyrzucając ze swoich myśli ojca Zuzy. 

- Powiedz nam lepiej czy będzie to chłopiec czy dziewczynka – odezwała się wyraźnie zniecierpliwiona Cher, podskakując na kanapie jak mała piłeczka tenisowa. 

- To… chłopiec – wymigałam, jednocześnie mówiąc na głos, by i Zuza zrozumiała, że będzie miała braciszka. Poczułam jak ktoś mocno mnie do siebie przytula, szepcząc jak mocno mnie kocha. – Ach, rozumiem, że nie chcecie poznać mojej propozycji imion dla niego… 

- Mów mi tutaj szybko – popędziła mnie Cher, która już nie siedziała, a stała obok, celując we mnie palcem wskazującym. 

- Hmm.. Wiecie jestem Directionerką, nie? Mając jednocześnie za przyjaciółkę shipperkę jednego z bromanców.. więc pomyślałam, że można by nazwać syna Larry Niam. 

- Serio? – spytał rozbawiony Harry, wybuchając niepohamowanym śmiechem, opierając się o ramię Louisa, od którego tak na wszelki wypadek przyjęłam Zuzę, której przekazałam propozycję imiona dla brata. – Jesteś szalona. Nie, moment, jesteś jeszcze bardziej szalona niż Louis i nieobliczalna. Larry Niam? Boże.. 

- Hej, Harold, co masz do Niama? – spytała poważnie Olivia. – Dla mnie on jest dużo lepszy niż Larry – broniła ich, jak to prawdziwa shipperka. – I to dzięki Niallowi – dodała, uśmiechając się do swojego chłopaka, który przyciągnął ją do swojego boku. 

- Co sądzisz? – spytałam, spoglądając na wciąż przepychających się przyjaciół. – Larry Stylinsonie! – krzyknęłam, ze śmiechem. To podziałało na nich jak kubeł zimnej wody, bo niemal natychmiast odczepili się od siebie, patrząc na mnie, jakbym co najmniej była przybyszem z innej planety. – Pytałam się, o coś. 

- Jeśli ciebie to uszczęśliwi to mnie odpowiada, chociaż będę czuł się dziwnie, zwracając się do niego Larry – przyznał Louis. – Weź się uspokój Hazza – jęknął, kiedy kędzierzawy wskoczył mu na plecy, przez co on runął jak długi na ziemię. 



Dziecięcy śmiech. Dziecięca beztroska