Showing posts with label Whisper of hope (sezon 3). Show all posts
Showing posts with label Whisper of hope (sezon 3). Show all posts

Friday, February 15, 2013

Epilog

od matrioszki: no i mamy epilog, ale wszystko to co chcę Wam napisać, macie na samym dole rozdziału :)
miłego czytania, aniołki! :*


***


(Luty/Londyn/2013 rok) 

Caroline 



Nie spodziewałam się, że moje życie wykręci mi taki numer. Jedyne, o czym myślałam to spokój. Chciałam bez problemu przejść przez życie; zaliczyć klasę maturalną, nauczyć się języka angielskiego, przynajmniej w stopniu średniozaawansowanym; dać radę na studiach, które miały pomóc mi w przyszłej pracy; pomóc Beatrice w kawiarni. Chciałam umieć rozmawiać z rodzicami i sprawić, by mi wybaczyli. Swoim podniesieniem się z doła, chciałam im pokazać, że umiem o siebie zadbać i gdy na czymś mi zależy, poradzić sobie nawet z największym gównem.

Chciałam poznać osobę, która wybrała dla mnie, taką, a nie inną ofertę. Nie miałam zamiaru zgłaszać reklamacji – wręcz przeciwnie, marzyłam by temu komuś podziękować. Możliwe, że to zasługa mojego brata, który w końcu zadzwonił do rodziców, z informacją, że obecnie mieszka w Norwegii, ogarnął się do tego stopnia, że zaczął studia na jednym z uniwersytetów na kierunku lingwistycznym, oraz, że poznał kogoś. Na razie nie chciał zradzać imienia swojej wybranki, ale obiecał dzwonić częściej. Zawsze to jakiś postęp, prawda? Nie ukrywałam, że za nim wcale nie tęskniłam, ale wiedziałam, że nie mogłam go zmusić co przylotu do jakiegoś miejsca i zostania w nim. Nie zniósłby tego. Skoro Oslo jest miejscem, w którym czuje się najlepiej, to czemu miałabym mu to odbierać?

W życiu nie spodziewałam się, że już wieku niespełna dwudziestu jeden lat zostanę żoną, kogokolwiek, a już na pewno nie sądziłam, że samego Louisa Tomlinsona; jakby na to nie patrząc, mojego idola. Przeznaczenie? Szczerze, nie wierzę w nie, ale skoro inni tak, możliwe, że coś w tym jest.

Drżącymi dłońmi przygładziłam materiał lejącej się sukni, której długi tren ciągnął się po podłodze, kiedy pokonywałam drogę z mojej i Louisa sypialni do salonu, w którym czekały już na mnie dziewczyny. Danielle, wraz z Liamem przesunęli swój ślub na późniejszy termin, tym samym chcąc skupić na organizacji naszego. Peazer razem z Perrie, Cher i Olivią robiły za moje druhny; każda z nich ubrana w taką samą błękitną sukienkę z beżowymi dodatkami. W dłoniach trzymały drobne bukieciki niebieskich kwiatków, Olivia podała mi mój własny składający się z niebiesko-beżowych.

- Boli mnie brzuch – mruknęłam, krzywiąc się, kiedy skurcz zaatakował mnie. Ten był niczym w porównaniu z tym zwiastującym poród. – Może jednak odwołamy to? Przecież jeszcze zdążę powiedzieć mu „tak”.

- Kochanie, jeszcze dzisiaj masz zostać panią Tomlinson – odezwała się Olivia, zakładając mi rękę na barki – już moja w tym głowa, by tak się stało. Razem z dziewczynami zaprowadzę cię do tego ołtarza, chociażby siłą, więc uśmiechnij się szeroko – cmoknęła mnie w policzek, dodając mi odwagi. – Powinniśmy jechać. Nie pozwólmy naszym panom czekać na siebie – zwróciła się do dziewczyn, które zebrały się koło mnie, razem z Zuzą, która także miała na sobie niebieską sukienkę z bukiecikiem.

- Mamusiu, wyglądasz cudownie! – wymigała z uśmiechem. Schyliłam się, by pocałować ją w policzek, ale ona rzuciła mi się na szyje, mocno mnie do siebie przytulając. Odwzajemniłam uścisk, omal nie zalewając się łzami. – Nie płacz, Tommo nie może zobaczyć ciebie w takim stanie. Musisz się uśmiechać! – dodała, kiedy się ode mnie odkleiła.

W tym samym momencie drzwi od mieszkania otworzyły się, wpuszczając do środka moich rodziców, którzy widząc mnie w sukni ślubnej uronili kilka łez, przytulając mnie do siebie. Mama według starej tradycji, podarowała mi starą spinkę z niebieskim oczkiem, którą wsunęła we włosy tuż nieopodal eleganckiego koka, którego związała mi Danielle. Spod domu wyjechaliśmy białą limuzyną, która została wynajęta specjalnie na tą okazję.

Ślub. Nie myślałam o nim, do czasu, aż dwa tygodnie temu Louis, podczas naszej randki wyskoczył z tekstem, że przed trasą koncertową chce się ze mną ożenić. Wiedziałam, że chcę być z nim na zawsze, ale myśl, że już wkrótce miałam zmienić status społeczny na mężatka, sprawiał, że lekko się denerwowałam. Takim sposobem siedziałam teraz w przestronnej limuzynie, czując się niemal jak gwiazda filmowa, jadząca na premierę swojego filmu w sukni, za którą bez problemu można by przez miesiąc wyżyć czteroosobową rodzinę. Musiałam jednak przyznać, że była śliczna. Długa, wykonana z lekkiego materiału, luźno opadająca na moje chude nogi, trzymająca się na wątłych ramionach i prawie niewidocznych piersiach, którym dodano kilku rozmiarów dzięki odpowiedniemu biustonoszowi push-up. Wycięcie w dekolcie, które według mnie jest zdecydowanie za duże, oraz odsłonięte plecy sprawiały, że modliłam się, by ksiądz przypadkiem nie wyrzucił mnie z kościoła. Na szczęście miałam na sobie jeszcze bolerko, które skutecznie zasłaniał tatuaż na łopatce, oraz na ramieniu. Ozdoba na żebrach była przysłonięta przez sukienkę, gorzej z małym serduszkiem za uchem.. Niech ksiądz okaże się ślepy, proszę. Ostatnią częścią ślubnej kreacji, były buty. Tym razem nie mogłam się od nich wywinąć, chociaż przeczuwałam, że na weselu zmienię je szybciej, niż mi się wydaje. Wysokie, naprawdę wysokie obcasy, miały na szczęście platformę, dzięki czemu, nogi były stabilniejsze.

Nie zarejestrowałam momentu, w którym zatrzymaliśmy się przed kościołem. Ręce niemiłosiernie mi się pociły. Nie chciałam tego. Szlag niech to weźmie. Nie denerwowałam się, kiedy po raz pierwszy z nimi rozmawiałam; kiedy Andy wbrew mojej woli zaciągnął mnie do mieszkania Louisa i Harrego; nie zawstydziłam się, gdy Louis pocałował mnie w swojej kuchni, niemalże na oczach swojego przyjaciela. Kiedy bawiliśmy się na mojej imprezie urodzinowej. Kiedy rozmawiałam z Harrym. Nie denerwowałam się, aż do teraz… do dnia, w którym miałam stać się żoną Tomlinsona.

Przed kościołem stała już cała rodzina Louisa; rozwiedzieni rodzice, pięć młodszych sióstr, oraz wózek z naszym synem, który trzymała Lottie z Fizzy. Podeszłam do nich, ściskając się z każdym, nawet dwiema uroczymi bliźniaczkami, które zaraz po tym porwały Zuzę. Każda z dziewczynek wyglądała podobnie, chociaż ich sukienki były w różnym stylu i odcieniu beżu, to pasowały do siebie.

- Jesteście śliczne – powiedziałam z uśmiechem, przytulając wesołą gromadkę. – Fizzy, Lottie dziękuję za opiekę nad Larrym, mam nadzieje, że nie mieliście z nim dużo problemu.

- Ależ skąd, Caro – szesnastolatka pachnęła ręką, uśmiechając się promiennie. – Będę mieć na niego oko, kiedy ty będziesz składała przysięgę małżeńską mojemu bratu – zapewniła, puszczając do mnie oczko. Polubiłam ją, była wyjątkowa, wyluzowana i tak bardzo podobna do Louisa, jak to tylko możliwe. Tuż za nią stał jej chłopak, Martin, który wyglądał na dość zakłopotanego.

- Rozluźnij się chłopie, bo jeszcze pomyślą, że masz kijek w dupie – na moje słowa Lottie razem z Fizzy i ich mamą, zaśmiały się melodyjnie. Starsza z sióstr przytuliła chłopaka do siebie, na co ten wyraźnie się rozluźnił. – Tak lepiej, gołąbeczki.

- Moim zdaniem, już czas byś dołączyła do swojego – odezwała się Cher, ustami muskając moje ucho, wywołując gęsią skórkę.

Skinęłam głową widząc, jak rodzina Tomlinson razem z moimi dziećmi i mamą wchodzą pierwsi do kościoła. Zuza razem z bliźniaczkami wyraźnie wyrwały się do przodu, miały sypać kwiatki na wszystkie możliwe strony, tworząc tym samym ścieżkę, po której miałam przejść razem z moim tatą, który miał moją rękę oddać Louisowi. Ten zwyczaj podobał mi się najbardziej, dlatego nie wyobrażałam sobie, by nie wkomponować go w polsko-brytyjski ślub. Pewnie złapałam mojego ojca pod ramię, uśmiechając się do niego. W kącikach jego oczu czaiły się łzy szczęścia i wzruszenia. W tym momencie wyglądał jak mały chłopiec, który wzruszył się przy oglądaniu jakieś smutnej bajki.

To on miał być dla mnie oparciem, a nie na odwrót!

Wolnym krokiem, w rytm marszu weselnego, który słychać było na zewnątrz kościoła, ruszyliśmy przed siebie. Byłam zaskoczona, że nigdzie nie było ani jednego fana, czy dziennikarza, którzy z pewnością nie ominęli by takiej imprezy. Długo nie zawracałam sobie tym głowy, bo kiedy tylko moim oczom ukazała się piątka, ubranych w garnitury chłopaków, uśmiech mimowolnie mi się poszerzył. Wśród nich stał on, mój facet, mąż, ojciec moich dzieci. Największy przystojniak, jakiego Bóg stworzył. Louis w kieszonkę od garnituru wsadzony miał niebieski kwiatek, dokładnie takiego samemu koloru co bransoletka z muliny, którą dostrzegłam na jego nadgarstku. Sama miałam na sobie białą i chociaż symbolika kolorów noszonych przez nas różniła się od tej, związanych z kwiatami, wiedziałam, co sobie nawzajem przekazujemy.

Zamiast słuchać księdza, ja non stop świdrowałam Louisa wzrokiem, który wyglądał na totalnie wynudzonego, chociaż uśmiechał się chłopięco, ukazując rząd śnieżnobiałych zębów. Co jakiś czas stroił do mnie zabawne miny, które widział także ksiądz, bo co rusz i on się uśmiechał. Niebieskie oczy chłopaka, spoczywały na moim biuście, przesuwając się co raz niżej, aż zatrzymały się na obcasach. Podniósł brew w niemym pytaniu, na co wzruszyłam ramionami.

- Tak – szepnął Louis kilkanaście minut później, patrząc mi prosto w oczy.

- Tak – powtórzyłam, kiedy nadeszła na mnie pora.

Wymieniliśmy się obrączkami, które podał nam Harry z tym swoimi łobuzerskim uśmiechem. Z tą chwilą i na wieczność, zostałam żoną Louisa Williama Tomlinsoną, matką jego dzieci. Jedna rzecz się nie zmieniła… na zawsze zostanę już jego największą fanką.



Co z pozostałymi?



Dopiszcie sobie to sami…!

_____________________________________


Od matrioszki: No i jak epilog? Podobał się Wam, czy może spodziewaliście się czegoś zupełnie innego? Czegoś w stylu.. "5 lat później"? Nie chciałam tego pisać. Możecie ostatnie słowa Caroline potraktować jako zachętę do dopisania sobie ciągu dalszego historii :)
A teraz trochę podziękowań: Dziękuję, że ze mną byliście! Dziękuję za każdy Wasz komentarz. Dziękuję, że mnie motywowaliście, że chcieliście czytać moje bazgroły. Że... no prostu Wam dziękuję. Nie wiem co mam Wam jeszcze napisać. Mam wrażenie, że każde kolejne słowa są niewystarczające. Jesteście cudowni! :* 

Statystyka na ten moment:
Liczba wyświetleń dzisiaj: 50
Liczba wyświetleń wczoraj: 183
Liczba wyświetleń w ostatnim miesiącu: 4 831
Łączna liczba wyświetleń: 13 518

Najczęściej wyświetlany był rozdział 29. 
Najwięcej komentarzy uzyskał rozdział 3.

Co moim zdaniem najciekawsze - o ile to prawda (:D) - prócz w Polsce, tego bloga czytają jeszcze osoby z: Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii (tak, Kate wiem, że to Ty! :D), Niemców, Litwy, Rosji, Białorusi i.. Malezji! WOW! 

Na koniec zapraszam Was jeszcze na bloga, na którym historia wciąż trwa, aktualnie opublikowanych jest na nim siedem rozdziałów :) liam-and-niall-bromance.


Dziękuję Wam! 

Ps. jestem gapa i zapomniałam o pewnych zdjęciach, przedstawiających suknię panny młodej :)

 

i co sądzicie?

Tuesday, February 12, 2013

Rozdział trzydziesty

od matrioszki: przyznaje się bez bicia, od Kate ściągnęłam pomysł na koszulkę. przepraszam za plagiat, ale mam nadzieje, że mi to wybaczysz i nie pozwiesz mnie do sądu. nie stać mnie na adwokata :) przedostatni rozdział. epilog pojawi się w piątek, a nim: podsumowanie! dziękuję Wam :*


***



(Luty/Londyn/2013 rok) 

Louis 



- Nie, Louis! Nigdzie się nie wybieram! - Carol po raz dziesiąty wydała z siebie krzyk, którym bez problemu mogła zaalarmować połowę dzielnicy, jednak prócz roześmianego Harrego i Cher, która swoją uwagę całkowicie skupiała na Zuzie i Larrym, w naszym mieszkaniu nie pojawił się nikt więcej. Moja narzeczona zareagowała zupełnie inaczej niż się spodziewałem, kiedy poinformowałem ją o planach odnośnie trasy koncertowej, którą swoją drogą myślała, że odwołujemy. – Nie mogę tego tak zostawić. Nie mogę zabrać ze sobą Larrego, jest za mały na taką podróż. Nie zapominaj, że przez kilka tygodni siedział w inkubatorze, bo jego życie było zagrożone.

- Ale, ja chciałem… Wyjadę przecież na dobrych kilka miesięcy. Nie będziesz mnie widziała. Nie będziesz tęsknić? – spytałem żałośnie, przegryzając wnętrze policzka. Chyba jeszcze nigdy tak bardzo się nie denerwowałem.

- Oczywiście, że będę, głuptasie – uśmiechnęła się ciepło, dotykając dłonią mojego policzka, automatycznie się w nią wtulając – ale pamiętasz, co ci mówiłam?

- Nie chcesz łączyć pracy z życiem prywatnym – powiedziałem na głos, patrząc prosto w jej jasnozielone oczy, w których czaiły się wesołe iskierki – ale mimo to nie rozumiem. Przecież to nie ty będziesz pracowała, a ja…

Westchnęła, przejeżdżając palcami po moim lekkim zaroście, zahaczając o usta, by następnie zjechać na tors, o który się oparła.

- Będziesz zajęty. Po próbach jedyne, o czym będziesz myślał, to sen. Spotkania z fanami, wywiady, sesje zdjęciowe. Wiem, jak to wygląda; w końcu jak byliście w Australii, codziennie informowałeś mnie, co właśnie robicie. Lepiej będzie, jak sam polecisz, a ja wraz z dziećmi będę tutaj na ciebie czekała. Tęsknota tylko wzmocni naszą miłość, Louis. Wierzę w to, a ty?

- Ja też, ale… - urwałem, czując jej miękkie usta na swoich. Pocałunek nie trwał długo, nie był nawet ani trochę brutalny, wręcz przeciwnie; uroczy, pełen miłości, słodki. Taki, jaki lubiłem najbardziej - … jesteś pewna?

- W stu procentach. Olivia też zostaje – przypomniała mi. – Obie będziemy chodzić do pracy, spotykać się u nas na babskie wieczory, chodzić na długie spacery i plotkować na naprawdę błahe tematy. Louis, nie możesz zawieść fanów. To miłe, że chciałeś, bym leciała z tobą, ale nie mogę się na to zgodzić. Jest jednak coś, co możesz dla mnie zrobić.

- A mianowicie? Zrobię wszystko.

- Zrób jakieś fajne zdjęcia i kup kilka pocztówek z miejsc, w których będziesz, co ty na to? – zaproponowała z uśmiechem.

- Mogę się na to zgodzić, chociaż nie ukrywam, że mam nadzieje, że jeszcze zmienisz zdanie – przyznałem.

- Nic z tego nie będzie, Louis – cmoknęła mnie przelotnie w policzek, poczym usiadła obok dziewczyn tworzące kolejne mało dzieło sztuki.

Siadając obok Harrego, który z wielkim łobuzerskim uśmiechem, podał mi miskę z popcornem, obserwowałem jak Carol pokazuje coś Zuzie i chwilę potem obie zniknęły w pokoju dziewczynki. Wróciły niedługo potem, obie trzymając coś, co z pewnością było zaległymi prezentami dla Hazzy. Zuza wdrapując się na kolana chłopaka, podała mu kolorową, złożoną wzdłuż kartkę. Wielkimi drukowanymi literami na przedzie pisało wszystkiego najlepszego w ojczystym języku dziewczynki, co w między czasie wytłumaczyła nam Carol, siadając na moich kolanach. W kącikach ust dziewiętnastolatka powstały głębokie dołeczki, kiedy szerzej się uśmiechał, widząc masę kolorowych obrazków, które tworzyły optymistyczną całość. Harry podziękował Zuzie, całusem w czubek głowy na co dziewczynka lekko się zarumieniła, poczym zeszła z jego kolan i wróciła do Cher.

Caroline podała mu zawiniątko, w którym musiała ukryć prezent dla Harrego. Chłopak szamotał się chwilę z kolorowym papierem ozdobnym, którego musiało być chyba ze dwie warstwy, jak nie więcej. Jego oczy rozszerzyły się, a usta rozciągnęły do tego stopnia, że niemal dotykały oczu. Wyglądał jak dziecko, które pod choinkę dostało wymarzoną rzecz. Rozłożył prezent, którym okazała się być czarna koszulka z logiem Pink Floyd i napisem mówiącym: „Jestem prawiczkiem i.. to wcale nie jest stara koszulka.”

- No na serio Nowak, naprawdę bardzo zabawne. Aż boki zrywać – mówiąc to zakładał koszulkę przez głowę, która okazała się być, o kilka rozmiarów za duża.

- Pasuje do ciebie – zauważyła z uśmiechem – wyglądasz w tym jak dzieciak.

- Bo wybrałaś za duży rozmiar! – krzyknął, nie przestając się śmiać.

- W sklepie nie wiedzieli, jaki Harry Styles może mieć rozmawiać – przyznała z udawanym grymasem. – Szłam na żywioł. Skąd mogłam wiedzieć, że XL okaże się za duża?

- Bo mam dziewiętnaście lat, a nie czterdzieści?

- A to jest jakaś różnica? Możesz mieć dziewiętnaście ale tyle mięśni i tłuszczu, że nawet XXL okaże się na ciebie na mała. Albo czterdzieści i być na tyle chudym, że S będzie wyglądać na tobie jak sukienka. Nie wiem jakie masz mięśnie, tudzież tłuszcz, bo nie widziałam cię nago.

- Zawsze mogłaś się zapytać. Kto pyta nie błądzi.

- Ale kto pyta, może wygadać się z niespodzianki – pokazała mu język – jeśli ci się nie podoba, oddaj, wyrzuć, podrzyj, spal, ale nie krzycz już na mnie.

- Jak na razie jesteś jedyną osobą, która krzyczy.

- Tylko dlatego, że mnie zdenerwowałeś, Styles – westchnęła, schodząc z moich kolan by podejść do telewizora. Chwilę się przy nim kręciła, podłączając coś, mamrocząc przekleństwa w więcej niż dwóch językach, aż w końcu odeszła do niego z triumfem podając Harremu jeden z joysticków. – Nadal pamiętam, że mieliśmy zagrać, ale jak na złość, nigdy nie było na to czasu, więc może teraz Harry, ze mną zagrasz? Możesz wybrać grę.

- Nie wiesz co mówisz, dziewczynko – rzekł Harry z szerokim uśmiechem, odbierając od niej joystick i zajmując miejsce na podłodze. Caroline dołączyła do niego, wcześniej obdarzając mnie słodkim uśmiechem, oraz porywając garść kukurydzy, którą na raz wsadziła sobie do ust. – Zobaczmy jak sobie poradzisz z FIFĄ.

- Tylko na tyle cię stać, Hazza? – zakpiła, obserwując jak Harry wybiera swoją drużynę, która okazała się być Manchester United. – Jaka niespodzianka.

- Schowaj tej sarkazm do kieszeni, Słoneczko i wybierz swoją ekipę.

Wybór Carol był szybki i, o dziwo zaskakujący nie tylko dla mnie, ale także Harrego, gdyż zamierzała grać jako FC Barcelona. Mecz zaczął się kilkanaście minut później, bo Hazza jak zawsze zbyt dużo czasu poświęcił na dobranie graczy i koloru koszulek, które przez te wszystkie edycje gry, ani trochę się nie zmieniły. Przez cały mecz Harry próbował przeszkadzać Caroline, rozpraszał ją na wszystkie możliwe sposoby, jednak bezskutecznie; Carol okazała się być lepsza. Mecz zakończył się wynikiem 6:0 dla dziewczyny, która wykonała dziki taniec radości, porywając do niego roześmianą Zuzę.

- Kochanie, ja w nocy muszę do dzieciaków wstawać, skoro płacz nie wyprowadził mnie z równowagi, to co dopiero twoje małpie figle – pokazała mu język nie puszczając Zuzy z objęć, która także śmiała się z Harrego.

- To jest niesprawiedliwe – tupnął nogą, zakładając ręce na piersi, niczym małe obrażone dziecko, które nie dostało upragnionego cukierka. – Musi być coś, w czym jesteś fatalna. Nie fałszujesz, umiesz grać na gitarze, pianinie, gitarze, perfekcyjnie znasz angielski, migowy, umiesz malować, trudno wyprowadzić cię z równowagi, pieczesz najlepsze ciasta na świecie, jesteś wyrozumiała, nie poddajesz się… cholera same zalety.

- Umiem być wredna, Styles, uparta, nie raz w nocy chrapie i tak na serio, jestem wielką bałaganiarą. Nie znam się na zasadach piłki nożnej, a w FIFĘ grałam właśnie trzeci raz. Wpadałam w liczne tarapaty, właściwie nie powinnam dostać prawa jazdy, bo jestem niebezpieczna dla społeczeństwa – zaśmiała się gorzko – ale gdyby nie ciąg moich błędów, które doprowadziły mnie do oblania klasy maturalnej, zapewne bym tutaj nie przyleciała, a co za tym idzie, pewnie bym was osobiście nie poznała. Nadal byłabym stukniętą fanką z Wrocławia, która sekretnie wzdycha do Nialla Horana – skończyła rozmarzona, całując blondynkę w skroń, nim postawiła ją na podłodze.

- Ej! Jak to, wzdychała do Nialla? – oburzyłem się, w momencie, kiedy doszedł do mnie sens jej wypowiedzi. – A co ze mną? – spytałem, podchodząc do niej z wojowniczo nastawioną miną, na widok której blondynka wybuchła śmiechem.

- Tobą? Czekaj, czekaj… Ja ciebie tylko znosiłam. No wiesz, znałam o tobie podstawowe informacje jak: pełne imię i nazwisko, data i miejsce urodzenia, imiona rodziców i rodzeństwa, ulubiony kolor, piosenka z pierwszego albumu, co tam jeszcze było? – udała zamyślenie, drocząc się ze mną w najlepsze, robiąc przy tym kilka kroków w tył. – A! Wiedziałam też, że kochasz marchewki! O i paski! Oraz to, że nienawidzisz skarpetek – spojrzała na moje bose stopy, śmiejąc się przy tym do rozpuku.

- Dlaczego Niall, a nie ja? – zapytałem, wyrzucając ku górze brew. Dziewczyna rozejrzała się po pokoju, ewidentnie szukając drogi ucieczki, której jednak nie znalazła, bo jej twarz wykrzywił grymas. Harry, nadal przeżywał porażkę, a Cher i Zuza uważnie przyglądały się naszym poczynaniom, mając z nas niemały ubaw. – Co jest w nim takiego, że…

- On jest uroczy, skromny, zabawny, ma nieziemski akcent, wilczy głód, cudowne niebieskie tęczówki, w których można utonąć. Jest po prostu.. no wiesz.. Niallowy.

- Nie wiem. Nie jestem nim, więc skąd mam wiedzieć, co to znaczy – zdenerwowałem się, co wyraźnie się jej podobało. – Caroline! Nie denerwuj mnie nawet – tupnąłem nogą, wyciągając tym samym Harrego z transu, który ni z tego ni z owego wskoczył mi na plecy, sprawiając, że wylądowaliśmy na podłodze. – Idioto! Złaź ze mnie! Przeklęty słoń.

- Nie krzycz, kochanie – szepnął mi do ucha – Larry próbuje bawić się swoimi kolorowymi misiami, chociaż tak naprawdę tylko patrzy w sufit.

- Harry, klocku, złaź – fuknąłem, próbując zrzucić go z siebie, co mi się jednak nie udawało. Gdzieś nieopodal słyszałem śmiech Caroline i Cher, które ani myślały ruszyć mi z pomocą. – Harold!

- Nie jestem Harold! – oburzył się, zaczynając mnie łaskotać. – Louie, jedziemy w trasę, powinieneś wyciągnąć Carol na jakaś randkę. No bo kurcze, gdzie wy ostatnio gdzieś razem byliście? – szepnął mi na ucho, bym tylko ja mógł go usłyszeć.

- Dawno i tylko raz – mruknąłem, wiedząc, że ma rację.

- Więc zbieraj dupsko i wynocha!



Zrobiłem jak kazał Harry. Caroline wyglądała na zaskoczoną kiedy zaproponowałem jej wieczorne wyjście. Mimo to zgodziła się z uśmiechem, wcześniej upewniając się, że Harry i Cher dobrze zaopiekują się rodzeństwem. Od dziesięciu minut czekałem na nią całkowicie podekscytowany. Nie miałem niczego konkretnego w planach, chciałem tylko by Carol zapomniała o obowiązkach i była sobą. Tą lekko stukniętą dziewczyną, z milionem pomysłów na minutę, szerokim uśmiechem, oraz godną do pozazdroszczenia pewnością siebie. By znowu stała się dziewczyną, którą poznałem tamtego dnia w kawiarni.

- Denerwujesz się – szepnął mi na ucho wyraźnie rozbawiony Hazza, trzymając na rękach Zuzę, której twarz pokrywała cienka warstwa kolorowych plamek. – Wiesz, to nawet urocze. Ciekawe co by powiedziały fanki, gdyby zobaczyły ciebie w takim stanie.

- Uroczy będzie twój siniak, którego się nabawisz pod okiem, jeśli się nie zamkniesz.

Harry już miał mi odpowiedzieć, kiedy w progu pokoju pojawiła się Caroline, z Cher za sobą. Brunetka wyminęła blondynkę, podeszła do swojego chłopaka i składając na jego wargach słodki pocałunek, odebrała Zuzę. Oczarowany wpatrywałem się w Carol. Wyglądała niesamowicie. Jasnoróżowa bluza z napisem, biała spódniczka ze złotym paseczkiem, cieliste rajstopy, jasne getry i botki na koturnie sprawiały, że dwudziestolatka wyglądała dziewczęco i naprawdę słodko. Włosy związane miała w luźnego koczka, z którego wydostały się pojedyncze pasemka, luźno opadające na jej policzki. Uśmiechnęła się do mnie promiennie, bez słowa ciągnąc za rękę w stronę holu, gdzie założyliśmy płaszcze, szaliki, rękawiczki i wełniane czapki; na głowie Caroline spoczywała jedna z moich, która dodawała jej jeszcze większego uroku.

Ulice Londynu przykryła gruba warstwa śniegu, tworząc bajkowy klimat. W spadających płatkach odbijały się światła latarni, gdzieś niedaleko grał uliczny grajek, a gromadka roześmianych dzieci wybiegała właśnie z lodziarni nieopodal, która z pewnością niedługo zostanie zamknięta. Caroline uśmiechnęła się szeroko, słysząc jak grajek wygrywa jedną z naszych piosenek. Usłyszałem jej piękny melodyjny głos, którego mógłbym słuchać zawsze i wszędzie. Mężczyzna, który nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia lat, podziękował jej niskim skłonem, nie chcąc przy tym przyjąć pieniędzy, które chciała mu wrzucić. Ona jednak nie reagując na jego sprzeciwy, dała mu dziesięć funtów, po raz kolejny dziękując za koncert.

- Gdzie chcesz iść, kochanie? – zapytałem, mijając budynek, w którym kiedyś mieściło się Hard Rock Coffee. Dzisiaj była to francuska restauracja dla Londyńskiej elity, z cenami przekraczającymi dochód przeciętnego Brytyjczyka. Widziałem jak przez twarz Carol przeszedł grymas, gdy mocniej pociągnęła mnie za rękę, by jak najszybciej oddalić się od tego miejsca.

- Pamiętasz kawiarnię, w której siedzieliśmy, gdy mieliśmy jechać na imprezę charytatywną, jednak mój stres i żołądek nie pozwolił nam na to?

- Pamiętam – przytaknąłem, domyślając się dokąd chce się wybrać.

- Co powiesz by wypić tam kawę i zjeść mega kaloryczne ciastko?

- Nie chciałabyś zrobić czegoś innego?

- Nie ważne co, Louie. Ważne, że z tobą – odpowiedziała słodko, całując mnie w policzek, uśmiechając się przy tym. – Kocham cię.

- Ja ciebie mocniej – zapewniłem, zakładając rękę na jej barki, na co ona wtuliła się we mnie, niczym mała dziewczynka.

- Chcesz się ze mną kłócić, Louis? – zapytała podnosząc wzrok. – Nie wygrasz.

- Och czyżby?

Nasza przepychanka trwała do momentu, aż nie weszliśmy do miłej kawiarni, w której do tej pory byliśmy tylko raz. Przez ten czas, nic a nic się w niej nie zmieniło. W powietrzu nadal było czuć świeżo parzoną kawę, aromatyczną herbatę, słodką czekoladę, oraz ciasteczka i ciasta, które swoim wyglądem kusiły z witryny. Carol na wstępie zamówiła dużą latte i muffinkę z orzechami. Ja natomiast wybrałem cappuccino i małe drobne ciasteczka.

Wieczór minął naprawdę miło. Rozmawialiśmy na najbardziej błahe tematy, na jakie tylko mogliśmy. Tematem przewodnim było nasze dzieciństwo, koledzy z przedszkola, szkole zauroczenia, momenty, w których odkryliśmy swoje pasje. Temat trasy był omijany szerokim łukiem, chociaż żadne z nas nie robiło tego celowo. Co jakiś czas wybuchaliśmy śmiechem. Tego nam trzeba było. Rozładowania napięcia i chwili zapomnienia. Naprawdę nie musieliśmy iść do kina czy na kolacje do modnej restauracji. Zwykła kawa w przytulnej kawiarni, była w sam raz. Kochałem to.

- Wyjdź za mnie jeszcze przed trasą – powiedziałem poważnie, wpatrując się w nią.



Ty jesteś moją własną definicją szczęścia, kochanie.

Saturday, February 09, 2013

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Od matrioszki: mimo momentami nie jasnych zdań i złej kolejności słów, rozdział mi się podoba. szczególnie ostatnie sceny między Caroline a Harrym. naprawdę rzadko podoba mi się coś, co sama napisałam. hmm.. co by tutaj jeszcze dodać? miłej soboty Wam życzę! ^^ jeżeli nowy rozdział dodam we wtorek, to już w przyszłym tygodniu zakończmy przygodę z "WOH" :) cieszycie się? a może wręcz przeciwnie? :D na razie zostawiam Was z rozdziałem 29 (:

pytania?


***


(Luty/Londyn/2013 rok) 

Caroline 



Wpatrywałam się w dwumiesięcznego synka, który uśmiechał się do mnie promiennie, kiedy nieskutecznie próbowałam nakarmić go mlekiem z butelki. Żałowałam, że mój organizm nie był w stanie wytworzyć pokarmu, bym mogła karmić go osobiście, jednak sam fakt, że mogę trzymać go w swoich ramionach i wpatrywać się w jego duże błękitne oczy, było dla mnie błogosławieństwem. Po tygodniach niepewności, w końcu nadszedł czas, w którym mogliśmy odetchnąć pełnią piersią i stu procentowo cieszyć się tym, co dał nam los. Naszym synkiem niejadkiem.

- Jakiś problem, kochanie? – zapytał wesoło Louis, który wyjrzał z kuchni, całkowicie brudny, z potarganymi włosami, ale z tym swoim znanym wszystkim wesołym, zawadiackim uśmiechem. – Czyżby Larry nie był głodny?

- Jest głodny, inaczej by wcześniej nie płakał – zauważyłam bezradnie, odrywając od małych, lekko zaczerwienionych warg chłopczyka, butelkę z mlekiem. – Na pewno ma to po tobie, Louis – westchnęłam, wstając z beżowej sofy, mocniej przyciskając do siebie synka, który nie przestawał wymachiwać rączkami we wszystkich możliwych kierunkach, śmiejąc się przy tym. – Nakarm go mądralo, a ja skończę z Zuzą piec ciasto dla Harrego.

- Dlaczego, kiedy pojawia się jakiś problem, zwalasz go na mnie? Ja jeszcze…

- No to pora to nadrobić, mała muszko – cmoknęłam go w usta, podając mu syna – miłego lunchu – dodałam, nim nie zniknęłam w kuchni, która wyglądała jak po przejściu tornada. – Co tu się stało?! – wymigałam do siedzącej na blacie ciągu kuchennych szafek, blondynki, trzymającej między nogami wielką miskę z czekoladową masą, będąc przy tym tak uroczą, jak tylko można być. Nie mogąc się powstrzymać zrobiłam jej kilka zdjęć, niemal natychmiast dodając jedno z nich na twittera.

- Pomagałam piec ciasto, bo Lou nie umiał sobie sam poradzić – wyjaśniła, posyłając mi szczerbaty uśmiech, machając przy tym nogami.

- Jego nie powinno się wpuszczać do kuchni, nie uważasz? – spytałam, jednocześnie zabierając się za ogarnięcie kuchni, ściągając córeczkę z szafki.

Blondynka odłożyła na bok miskę z masą, nie mogąc jednak sobie darować, by nie nałożyć trochę na palec, jak to ja robiłam nie raz w dzieciństwie, by następnie go oblizać, rozkosznie wzdychając. Cmoknęłam ją w główkę, kiedy stanęła przede mną, gotowa do pracy, niczym zawodowy cukiernik. Zamiast jednak pieczenia, zaproponowałam jej narysowanie laurki dla Harrego, która byłaby jednocześnie od niej, jak i Larrego. Zgodziła się na to bez większego problemu, dzięki czemu ja, mogłam zabrać się za pieczenie czekoladowo-kokosowego tortu, który byłby jednocześnie moim małym, niemal naukowym, doświadczeniem. W czasie pieczenia biszkoptu, Louis, dołączył do nas, informując przy okazji, że Larry zasnął w swoim łóżeczku, między pluszakami dostanymi od całego One Direction, a szczególnie od Harrego. Nie krył uśmiechu, jak widniał mu na twarzy, kiedy o tym opowiadał. Przeczuwałam, że będzie dobrym ojcem. Nadawał się do tego i nie tylko dlatego, że wcześniej opiekował się siostrami, miał instynkt ojcowski. Umiał się z dziećmi dogadać, a one go kochały. Wystarczyło spojrzeć na momenty, które spędzał wraz z Zuzą; tak jak teraz, on sam z własnej woli, dosiadł się do niej i teraz razem tworzyli coś dla Harrego, co prawdopodobnie nie będzie miało żadnego sensu. Dla niej będzie się liczyło tylko to, że na kartce będzie kolorowo, a dla niego to, że ona się uśmiecha.

Aparat ponownie poszedł w ruch i tym sposobem na twitterze pojawiło się kolejne urocze zdjęcie, bez konkretnego podpisu. W tym czasie zauważyłam, że kilka Directionerek zapytało się mnie, kiedy Tomlinson planuje ślub, oraz czy to prawda, że One Direction na jakiś czas zawiesza swoją działalność, bo Louis chce nacieszyć się synem. Zadałam narzeczonemu te pytania, na co on tylko odpowiedział, że wieczorem, na urodzinowej domówce Harrego cała piątka zrobi twitcama, w czasie, którego odpowiedzą na większość pytań.

Szczerze? Jako Directionerka sama nie mogłam się tego doczekać. Byłam ciekawa, co powiedzą. Jak wytłumaczą się z absurdalnych, moim zdaniem, plotek na temat ich rzekomego zawieszenia trasy. Nie mogli tego zrobić! Miliony fanów na całym świecie, czekają na ich koncerty, na które bilety, zostały już dawno wyprzedane, a najbliższy koncert z TAKE ME HOME TOUR 2013 miał odbyć się już dwudziestego trzeciego lutego. Są na serio, niepoważni.

- Musicie wyjechać w tą trasę, Louis – zaczęłam temat, kiedy Zuza poszła do swojego pokoju, który na razie dzieliła z bratem. Nie miała nic przeciwko tematu, wręcz przeciwnie, cieszyła się, że będzie miała towarzystwo, chociaż Larry nie umie jeszcze mówić, ani nie zna migowego, by móc się z nią dogadać. Nie przeszkadzało jej to jednak. Lubiła się na niego patrzeć, gdy spał; według niej był wówczas bardzo spokojny. No cóż, nie mogłam się z nią nie zgodzić. Louis spojrzał na mnie, marszcząc przy tym brwi w wyraźnym zamyśleniu, co ostatnimi czasy zdarzało się naprawdę często. – Mówię poważnie.

- Wiem i doceniam to, że się, o to martwisz, ale naprawdę nie potrzebnie, kochanie.

Przerwałam przygotowanie sosu, który miał być jednym ze składników obiadu, do którego zaliczał się także ryż i surówka, z co prawda puszkowanych warzyw, ale nie miałam innego wyboru, skoro chciałam zrobić coś z witaminami. Ciasto od godziny siedziało w lodówce, chłodząc się, by było zdecydowanie lepsze, chociaż Niallowi smakowałby nawet zakalec. Co do tego nie miałam żadnych wątpliwości.

Louis pociągnął mnie za rękę, sadowiąc mnie na swoich kolanach. Objął mnie w talii, całując w miejsce za uchem, dokładnie w sam tatuaż, który się tam znajdował. Jego oddech załaskotał mnie, wywołując gęsią skórkę. Spojrzałam w jego błękitne oczy z minimalną domieszką szarości, które idealnie mu pasowała. Uśmiechając się, przejechałam dłonią po jego policzku, zahaczając o minimalny zarost, który dodawał mu powagi.

- Jeżeli zrezygnujecie, miliony fanek pogrążą się w żałobie, a mnie i Olivii się oberwie, bo zrzucą na nas całą winę. Wybacz, ale jakoś nie marzę o tym, by zostać ofiarą ataku Directionerek. Uszanuj to – spomiędzy jego warg wydobył się cichy chichot, który tylko wprowadził mnie w zaskoczenie. – No ja naprawdę nie rozumiem, co ciebie tak bawi, Tomlinson.

- Jesteś urocza, kiedy tak poważnie o czymś mówisz, chociaż niekoniecznie ma to sens – powiedział rozbawiony, całując mnie w policzek.

- Sens? Według ciebie to, że fanki rzucą na mnie z widłami, bo przeze mnie zawiesiłeś trasę, nie ma sensu? Och, przepraszam! – oburzyłam się, chcąc wstać z jego kolan, na co mi nie pozwolił, mocniej przyciskając mnie do siebie.

- Panikujesz – westchnął, chowając nos w zagłębienie mojej szyi – nikt się na ciebie nie rzuci, a nawet jeśli to Andy stanie w twojej obronie. Od kiedy się do siebie zbliżyliście, nie odstępuje cię nawet o krok. Nie raz czuję się zazdrosny.

- Teraz odwracamy kota ogonem, Tomlinson? – spytałam, przeczesując dłonią jego brązowe, proste włosy – czy mi się wydaje, czy ty na serio podkradłeś mój szampon? Znowu!

- Wydaje ci się – wymamrotał, wyraźnie poluźniając uścisk. – Obiad lepiej rób, bo głodny jestem, a znając życie zaraz wpadnie Niall z Olly.

Ledwo zdążył wypowiedzieć te słowa, a drzwi do mieszkania otworzyły się z hukiem, wpuszczając do środka parę największych łakomczuchów, jakich widział świat. Nie zagłębiałam się w ich rozmowę, którą prowadzili w przedpokoju, w czasie ściągania płaszczów. Zamiast tego, całkowicie zatraciłam się w przygotowaniu obiadu, którego Louis tak bardzo nie mógł się doczekać.

- Cześć, Karolinko! – zawołał radośnie Niall, niemal wbiegając do kuchni. Złapał mnie w talii, kilka razy okręcając wokół własnej osi, aż nie postawił mnie na ziemi, sięgając po łyżkę, by spróbować sosu. Trochę trwało to, nim jego usta rozciągnęły się w błogim uśmiechu, a oczy wyraźnie zabłyszczały. – To jest pyszne! Kiedy będziemy mogli jeść? Mam nadzieje, że niedługo, bo jestem strasznie głodny.. Tak między nami, Olly w ogóle nie potrafi gotować, ale nadrabia to swoim urokiem.

- Olly tutaj stoi i wszystko słyszy, głodomorze – odezwała się blondynka, stając w progu pomieszczenia, z rękami opartymi na biodrach. Niall posłał jej jeden ze swoich uroczych uśmiechów, nim nie zanurkował w lodówce.

- Trafiłem do nieba! – krzyknął, wpatrując się w tort Harrego. Zamknęłam mu drzwi przed nosem, nie skazując tym samym lodówki na rozmrożenie. – No, ej! Ja…

- No co ty, Nialler? Podziwiałeś widoki? – zakpiłam, wrzucając do garnka z gotującą się wodą, woreczki z ryżem.

- Nie, ja tylko.. napawałem się widokiem tak apetycznego ciasta. Zjemy je?

- Rozumiem Niall, że chcesz w ten sposób popsuć urodziny Harrego.

- Ależ skąd! – zaczął się bronić, wymachując rękami we wszystkich możliwych kierunkach, co wywołało zarówno u mnie, jak u Olly napad niekontrolowanego śmiechu.

Niall opuścił nas w momencie, kiedy po raz kolejny odmówiłam mu ukrojenia chociaż małego kawałka tortu. Przez chwilę między mną, a przyjaciółką panowała cisza; ja pilnowałam by sos się nie przypalił, a ona była wyraźnie pogrążona w swoich myślach. Zerknęłam na nią kątem oka w momencie, kiedy podeszła do mnie i bez słowa mocno się przytuliła. Obie tego potrzebowałyśmy. Musiałyśmy się upewnić, że ta druga, wciąż jest obok gotowa by w każdej chwili podnieść na duchu tą pierwszą. Mając przy sobie Olivię, dziękowałam Bogu, że tamtego dnia postawił ją na mojej drodze. Gdyby nie ona, nadal byłabym zagubioną dziewczyną, która nawet do uniwersyteckiego bufetu nie umiała trafić. Olivia pomogła mi jak nikt inny i cieszyłam się, że małym drobnym gestem, jakim była możliwość poznania Nialla Horana sprawiłam, że spełniła swoje marzenie.

- Potrzebowałam tego – wymamrotała mi do ucha.

- Każda z nas tego potrzebowała, kochanie – odszepnęłam, całując ją w policzek.

W przygotowaniu reszty posiłku, Olly sumiennie mi pomagała, chociaż częściej gadała jak najęta; to o ostatnim filmie, jaki widziała z Niallem; oraz o pysznych sajgonkach, jakie próbowali w restauracji w zachodnim Londynie. Szczęście wylewało się z niej hektolitrami. Od kiedy złączyłam ich ze sobą, nie było dnia, w którym Irlandka nie uśmiechałaby się. Tryskała humorem, optymizmem (który kilka miesięcy wcześniej gdzieś zgubiła), na nowo stając się tą samą Olivią Brandon, którą poznałam na pierwszym roku. Hormony chyba raczej źle na mnie wpływają – stałam się na maksa rozczulająca.

- Coś długo wam to dziewczęta idzie – zauważył wesoło Louie, wchodząc do kuchni z trzymanym na rękach Larrym – a twój synek, obudził się dokładnie dwadzieścia minut temu, z wielkim pytaniem: gdzie mama.

- Och – rozmarzyłam się, odbierając do niego synka, dając mu przy tym buziaka w same usta, na co wyszczerzył się jeszcze bardziej – chcesz nam pomóc? – spytałam się narzeczonego, który z wielkim zainteresowaniem, zaglądał pod pokrywkę.

- Nie, raczej nie. Zabieram małego, chciałem tylko byś zobaczyła, że żyję i ma się dobrze. Do tego dochodzi jeszcze fakt, że Niall się lekko niecierpliwi, więc…?

- Daj mi dziesięć minut, kochanie, a Larrego połóż spać.

- Ale.. chciałem się z nim pobawić. Ile dziecko może spać?

- Całą dobę, wiesz mi, inaczej w nocy będzie płakać.

- Ona robi cię w balona, Lou! – zawołała Olly, odbierając ode mnie synka – ja się nim zajmę. Pooglądamy bajki, pobawimy się autkami, nie musi non stop spać. Jeśli będzie trzeba wejdę do jego kojca i tam się z nim pobawię, ot co! A wy podajcie ten obiad.

- Ale ja z nim nie mogę gotować, bo więcej z tego szkody niż pożytku! – zawołałam za nią, jednocześnie zabierając się za odlewanie wody z ryżem. – Nie, Louis, ty tutaj nawet nie podchodź, bo nie mam nawet zamiaru cię później reanimować.

- No wiesz co! Ja do ciebie z sercem, a ty do mnie z …

- Po prosu zabierz te talerze, dobrze? – wskazałam na naczynia, które w między czasie wyciągnęłam z szafki. – Wróć zaraz po resztę!

Obiad przebiegał w wesołej atmosferze, do momentu, kiedy Zuza nie zeskoczyła z kolan Louisa, na których spędziła niemal cały posiłek. Poszłam za nią, trafiając do łazienki, w której pochylała się nad wanną, wyrzucając z siebie całą zawartość żołądka. Zrobiło mi się jej żal. Ból rozszedł się wokół mojego serca, kiedy dziewczynka omal nie wpadła do wanny. Przytrzymałam ją w pasie, wtulając się policzkiem w jej rozpalone plecy, gdy wymiotowanie nie ustępowało. Lekko głaskałam ją plecach, wsłuchując się w wyraźnie ciężki oddech. Czterolatka oderwała się ceramicznego materiału, wtulając się we mnie, szukając ochrony. Pocałowałam ją we włosy, dając jej pewność, że jestem obok i zawsze będę. Jej palce, nerwowo, wybijały moje, była zdenerwowana.

- Hej, wszystko dobrze? – w progu do łazienki pojawiła się Olivia z wyraźną troską na twarzy. – Co się stało? Obie wyglądacie jak ściana.

- Wymiotowała – odpowiedziałam krótko, wolną ręką, nie przestając głaskać córeczki, której oddech powoli się uspokajał. – Nawet nie wiem czym, w końcu wszystko starannie przygotowałam. Odpowiednio dobrałam przyprawy, warzywa. A jak Louis z Niallem?

- Ogarnęli po obiedzie, reszta właśnie przyszła. Nie ma jeszcze Cher i Harrego.

- Rozumiem – z pomocą Olivi podniosłam się z zimnej podłogi, nie puszczając Zuzy z objęć, która tylko mocniej do mnie przyległa. – Dzięki.

Mijając salon, przywitałam się z przyjaciółmi, którzy posłali mi pełne ciepła spojrzenia, upewniając mnie, że wszystko w porządku. Zuzę położyłam do łóżka, przykrywając ją kołdrą, aż po sam czubek głowy. Złapała mnie za nadgarstek, przyciągając do siebie, w efekcie czego położyłam się obok niej, a jej główka wylądowała na mojej piersi. Głaskałam ją po włosach, mając nadzieje, że jej nagłe wymioty, nie są niczym poważnym. W przeciwnym wypadku, będę musiała jechać z nią do lekarza. Nie wiem jak długo, tak leżeliśmy; możliwe, że nawet przysnęłam – ocknęłam się dopiero, kiedy drzwi od pokoju Zuzy, uchyliły się. Mimo panującego, w pokoju, mroku dostrzegłam Harrego, który trzymał na rękach Larrego. Słyszałam słodkie, cichutkie pochrapywanie synka. Chłopak położył go łóżeczka i przykrył kołdrą. Mogłam zobaczyć, jak nachyla się jeszcze i zapewne całuje chłopca w czoło. Urocze.

- Co z nią? Wszystko dobrze? – spytał, głaszcząc ją po włosach, na co dziewczynka westchnęła, wiercąc się chwilę, zmieniając pozycję, schodząc twarzą na mój brzuch. – Możemy porozmawiać, Carol?

- Przepraszam, Harry – zaczęłam się tłumaczyć, patrząc prosto w jego błyszczące zielone tęczówki, w których bez żadnego problemu można by utonąć – nie chciałam by twoje dziewiętnaste urodziny tak wyglądały. Upiekłam ciasto i nawet prezent ci kupiłam, a Zuza namalowała dla ciebie laurkę.

- Nic się przecież nie stało, Caroline – w półmroku błysnęły jego śnieżnobiałe zęby, ułożone w firmowy uśmiech. – A prezent i laurkę, jeszcze zdążycie mi dać. Louis podał tort, bo Niall nie przestawał jęczeć, omal się nie rozpłakał. Dobry był.

- Cieszę się. Mam tylko nadzieje, że was nie zatruje.

Harry pokręcił głową, zajmując miejsce obok dziewczynki, która jakby wyczuwając obecność drugiej osoby, przesunęła się bliżej mnie, robiąc mu więcej miejsca. Chłopak westchnął, zaplątując długie kosmyki Zuzy na swój palec, jakby miało go to w jakiś sposób uspokoić.

- Co się dzieje, Harry? O czym chcesz ze mną rozmawiać? – zainteresowałam się.

- Na początku zachowałem się jak… frajer. Byłem rozdarty; z jednej strony cieszyłem się, że Louis kogoś poznał, z drugiej, byłem zazdrosny, że od teraz znowu zacznie spędzać ze mną mało czasu. Nie chciałem się do tego przyznać, ale cholernie mocno go potrzebowałem. Chciałem znowu mieć kogoś, z kim mógłbym rozmawiać o wszystkim i o niczym. Kiedy powiedział mi, że podobam się Cher, naprawdę nie wiedziałem, co mam o tym myśleć. Przed nią, byłem tylko w jednym związku.

- Wiem to Harry – przerwałam mu z uśmiechem, lekko szturchając go w bok. – Każda z Directionerek o tym wie. Media kreują ciebie na flirciarza. Na swoich urodzinach miałam ochotę ci przywalić, za te wymianie czułości z jakąś laską, kiedy Cher w tym momencie upijała swoje smutki w alkoholu.

- Ta, no cóż… chciałem się przekonać, czy rzeczywiście taki ze mnie flirciarz, jak wszyscy naokoło mówią, ale było źle. Czułem się fatalnie, miałem wrażenie, że zdradzam nie tyle sam siebie, a kogoś bardzo dla mnie ważnego. Nie rozumiałem tego, dlatego dzień po imprezie, z mega kacem, poszedłem do Cher – ciężko westchnął, osuwając się na poduszce, na której teraz leżał, omal nie wtulając się w plecy Zuzy – kocham ją, naprawdę mocno ją kocham. Ale nie wiem, czy byłbym w stanie, w tym momencie założyć z nią rodzinę, jak ty i Louis. Nie jestem pewny, czy chcę się z nią ożenić, bo niby skąd miałbym to wiedzieć? Mam dziewiętnaście lat. Jestem zbyt młody na takie rzeczy, prawda?

- Tak, Harry – zgodziłam się z nim, przejeżdżając dłonią po jego gęstych, miękkich lokach, które były jeszcze bardziej sprężyste niż można było je o to posądzić – nikt nie zmusza cię do podejmowania tak trudnych decyzji. Masz czas na ślub, czy dzieci. Razem z Cher, bierzcie z życia jak najwięcej, żyjcie chwilą. Bawcie się, dopóki jesteście młodzi - całkiem świadomie zacytowałam słowa ich piosenki, na co Harry zaśmiał się cicho, szybko jednak się uspokajając, bojąc się, że tym może obudzić dzieciaki – nie śmiej się, Hazz. Mówię prawdę, a wasz singiel tylko to potwierdza.

- Nic dziwnego, że Louis chce się z tobą ożenić – powiedział całkiem poważnie – jesteś naprawdę mądrą dziewczyną.

- Ma się ten wrodzony talent – wzruszyłam ramionami, czując jego usta na swoim policzku. – Ty też nie jesteś najgorszy.



W mroku gubią się słowa, odnajdują myśli.

Tuesday, February 05, 2013

Rozdział dwudziesty ósmy

Od matrioszki: co raz bliżej końca.. jeszcze dwa rozdziały, oraz epilog i pożegnamy się z "WOH". 
ale za nim to nastąpi zostawiam Was z rozdziałem 28 :)
dziękuję za wszystko. nowy w sobotę.



(Grudzień /Londyn/2012 rok) 

Louis 





- Tak mamo, ze mną wszystko dobrze – usłyszałem lekko przygnębiający głos Caroline, dochodzący zza szklanych drzwi, przez które można było wejść do szpitalnego ogródka. Zajrzałem przez nie, widząc blondynkę w długiej szpitalnej koszuli, wełnianym szlafroku, puchowych kapciach i włosach lekko opadającymi na wyprostowane plecy. Głęboko oddychała, zupełnie tak jakby chciała się uspokoić. Mówiła po angielsku. Zapewne jej mama przełączyła na głośnomówiący by i reszta mogła ją usłyszeć, oraz zrozumieć. – Nie przyjeżdżaj. Jest w porządku. Zapoznaj się z rodziną Tomlinson. Poradzę sobie, naprawdę! Już niedługo się zobaczymy, obiecuję – dostrzegłem jej nieśmiały uśmiech, kiedy kończąc z mamą rozmowę, powiedziała coś po polsku. 

- Właź do środka, kochanie – pociągnąłem ją do wnętrza szpitala, zasuwając za nami szklane drzwi. Blondynka przytuliła się do mnie, mocno owijając swoje chude ramiona wokół mojej talii, głęboko zaciągając się, jak mniemałem, moim zapachem. Drżała z zimna. – Jakaś ty głupia, Caroline. Żeby po porodzie wychodzić na zimne powietrze i rozmawiać przez telefon? Nie mogłaś tego robić u siebie w sali? 

- Lubię patrzeć na śnieg, uspokaja mnie – wymamrotała z nosem przyciśniętym do mojego płaszcza. – Moja mama uczyła twoje siostry, szczególnie Daisy i Phoebe piec piernika z orzechami. Zdążyła już powiedzieć wszystkim, że zostaną ciociami, ich pisk był uroczy. Chciałabym być tam z nimi, ale lekarze zabraniają mi się stąd ruszać do końca roku. 

Przejechałem dłonią po jej długich włosach, lekko zakręcając je wokół swojego palca. Dziewczyna odkleiła się ode mnie, posyłając mi jeden ze swoich uroczych uśmiechów, w którym zakochać się można było od pierwszego spojrzenia. 

- Jedź do nich, Louis – szepnęła, patrząc mi prosto w oczy. – Jedź i bądź z siostrami, które za tobą cholernie tęsknią i pytają twojej mamy, kiedy znowu się tam pojawisz. Jedź i baw się dobrze, dla mnie i Larrego. 

- Nie zostawię cie tutaj – powiedziałem poważnie, łapiąc ją za rękę, prowadząc w stronę jej sali. – Nie zmuszaj mnie do tego, Carol. 

- Nie zmuszam cię, Louie. Ja chcę tylko byś spędził czas z rodziną, a nie tylko ze mną. Zrób to dla mnie. Wiem, że chcesz tego. Czekałeś na ten dzień z utęsknieniem, widzę to w twoich oczach, kochanie. 

- Widzisz rzeczy, niewidoczne dla innych? – spytałem ze śmiechem, pakując ją do łóżka. Wzruszyła ramionami, przyciągając kołdrę pod samą szyję. – Caroline, nie chcę byś siedziała tutaj sama. 

- Nie będzie sama – usłyszałem za swoimi plecami wesoły głos Andiego, który trzymał w ramionach wielkiego miśka i ozdobną torebkę. – Zaopiekuję się nią, łobuzie, więc spełnij jej prośbę i jedź do Doncaster. 

- Ale… - zacząłem, siadając na łóżku, przeskakując wzrokiem między wesołymi kuzynami, którzy ewidentnie mieli jakiś plan. – Wy wszystko już zaplanowaliście? 

- Nie! Po prostu chcę byś spędził czas z rodziną, czy to tak wiele, Tommo? 

- Tak! Cholera, powinienem przewidzieć, że nie mam szans z kuzynostwem. 

- No a jak! – zawołał radośnie Andy. – Kochanie, mam coś dla ciebie – rzucił Caroline torebkę, z tym swoim dziwnym, lekko łobuzerskim uśmiechem, na widok, którego, człowieka ogarnia tylko jedna myśl: o co mu chodzi? – Mam nadzieje, że ci się spodoba. 

- Andrew Samuels! – wydarła się tak głośno, że pewnie na parterze ją słyszeli, rozciągając przy tym białą bluzę z wielkim logo 1D w kwiatowym wzorze. – Kiedyś cię zabiję za te twoje żartobliwe prezenty. 

- Urocze – skomentowałem, zakładając jej bluzę przez głowę. – Wyglądasz teraz jak prawdziwa Directionerka – dodałem, całując ją w policzek. 

- Olivia ma taką samą – odezwał się, nie przestając się szczerzyć jak nienormalny. – A misiek dla Niarrego – pokazał na czekoladowego pluszaka z beżowym uszami i brzuszkiem. 

- Uroczy – powtórzyła moje słowo. – Chcesz go zobaczyć? – spytała z błyszczącymi oczami, gotowa do wyjścia z łóżka. 

- Pewnie! – zawołał uradowany. 

Wbrew jej woli, wziął ją na barana, ja założyłem jej kapcie, poczym razem z wielkim miśkiem, który dostał już imię Zouis, ruszyliśmy na oddział noworodków. Caroline widząc małe, śpiące, bezbronne ciałko naszego syna, rozpłakała się. Stanęła obok inkubatora, przyciskając do niego nos, chcąc być przy Larrym najbliżej jak się da. 

- No i jak ja mam ciebie zostawić? 

- Jedź Louis – poprosiła cicho, nie odrywając spojrzenia od chłopczyka. – Jedź i ich przeproś ode mnie. 



*** 



Pojechałem, chociaż wolałem zostać w szpitalu. Wiedziałem jednak, że z Caroline nie należy się kłócić, chociażby nie wiem co. Była nawet gotowa osobiście wykopać mnie do Doncaster, pakując przy tym moje walizki, dlatego była tak mocno zawiedzona kiedy jeden z jej lekarzy kazał jej zostać w łóżku. W zamian dostałem od niej głęboki pocałunek, życzenia dla mojej rodziny i prośbę bym uważał na drodze. Obiecałem, chociaż i tak bym to robił. Nie miałem w planach żegnania się z życiem. 

W Doncaster znalazłem się późnym wieczorem, około dziewiątej, może dziesiątej wieczorem. Nie patrzyłem na zegarek, kiedy gasiłem silnik przed moim rodzinnym domem, który kojarzył mi się z samymi pozytywnymi chwilami. Dopiero kiedy moje stopy zanurzyły się w śniegu, zalegającym na drodze prowadzącej na ganek, zrozumiałem, co chciała mi przekazać Caroline. Ona od razu wiedziała, że pragnąłem tutaj przyjechać, chociaż ze wszystkich sił, wypierałem to z siebie. To był ten jej szósty zmysł, o którym wszyscy dookoła mówią; widziała rzeczy, niewidoczne dla innych. Z uśmiechem, wyciągnąłem z bagażnika swoją torbę z rzeczami, oraz kolorowe torebki czy paczki zapakowane w ozdobny papier i ruszyłem do drzwi frontowych. 

- Louis! – zapiszczały bliźniaczki na mój widok. Obie przytuliły się do moich nóg, które jako jedyne były wolne. – Louis, Louis, Louis! – piszczały, wesoło śpiewając, uniemożliwiając mi wejście do domu. 

- Louis? – z salonu wychyliła się moja mama, która na mój widok z siostrami przyczepionymi do obu nóg, uśmiechnęła szerzej, wołając dziewczynki do siebie. – Pozwólcie mu chociaż wejść do środka i się rozebrać. 

- Dzięki mamo – uśmiechnąłem się do niej z wdzięcznością, odstawiając pod jedną ze ścian kilka prezentów, na wieszak powiesiłem płaszcz, a buty odstawiłem pod nią. – Cześć, mamo – przywitałem się z rodzicielką buziakiem w policzek. – Nie jestem za późno? 

- Synku, ty byś mógł przyjechać nawet w środku nocy – przyznała, mocno mnie do siebie przytulając, całując mnie w oba policzki, oraz w czoło, jak to miała w zwyczaju. – Mama Caroline z Zuzą są w ogródku razem z Lottie i Fizzy, Georgia przygotowuje ciasteczka czekoladowe. Cieszę się, że przyjechałeś, szkoda, że bez Carol. 

- Lekarze kazali jej zostać w szpitalu do końca roku – przyznałem z cieniem uśmiechu, podnosząc z podłogi paczki. – Mam kilka zdjęć Larrego. 

- Och to cudownie! – klasnęła w dłonie ciągnąc mnie do salonu, w którym stół pękał od nadmiaru wszelkich potraw. Dostrzegłem też te, których wcześniej nie widziałem na oczy. domyśliłem się, że pochodzą z Polski i robiła je pani Nowak. – Lottie, Fizzy, Louis przyjechał! – zawołała wesoło, wychylając się przez drzwi na taras. 

Chwilę później w salonie rozległ się jeden wielki pisk. Do bliźniaczek dołączyła Lottie z Fizzy i Georgią, które uściskały mnie i pocałowały, wzajemnie się przekrzykując w tym, co dla nich mam. Pani Nowak razem z najmłodszą dziewczynką dołączyły do nas w momencie, kiedy bliźniaczki zaczęły po mnie skakać, jakbym był co najmniej materacem. Starsze dziewczyny ciekawsko zaglądały do torebek, w których prócz tony kolorowych kulek, które zasłaniały prezenty, nie dostrzegły nic więcej. Zuza nieśmiało szła za swoją babcią, przegryzając przy tym dolną wargę, nie bardzo wiedząc co zrobić. Dopiero z pomocą pani Nowak, podeszła bliżej mnie, wdrapując się na moje kolana, z których chwilę wcześniej zeszła Daisy. Przytuliłem ją do siebie, całując w policzek, na co ona uśmiechnęła się szerzej, a cała jej niepewność uleciała. 

Zaczęła coś wymigiwać, niestety nie znałem migowego na tyle dobrze by zrozumieć z tego cokolwiek. Na szczęście pani Nowak przyszła mi z pomocą, na bieżąco tłumacząc gesty dziewczynki. Okazało się, że pytała się o zdrowie swojego braciszka, a także o jego wygląd i czy już się uśmiechnął. W odpowiedzi pokazałem im zdjęcia Larrego. Na widok podłączonego do specjalistycznych aparatur chłopca, wszyscy wciągnęli powietrze; Zuza przejechała palcem po całym zdjęciu, zupełnie tak jakby badała każdy jego szczegół. 

- Taki drobniutki, bezbronny – szeptała moja mama, kręcąc z niedowierzaniem głową. W jej oczach zaszkliły się łzy, które mimowolnie pociekły po jej bladych policzkach. – Jak ona się trzyma, Louie? 

- Nie trzyma się, mamo – przyznałem cicho, przytulając do siebie mocnej Zuzę, wraz z Daisy, która zajęła miejsce na moim drugim kolanie. – Kiedy jest w swojej sali, uśmiecha się, żartuje i widać, że wszystko jest w porządku; jednak kiedy przychodzi na oddział noworodków, wszystko to zastępują łzy, smutek, strach o niego. Właściwie gdyby nie ona, nie przyjechałbym tutaj. Zmusiła mnie. 

- Mądra z niej dziewczyna, ale cholernie uparta – przyznała pani Nowak. Spojrzałem na nią z zaskoczeniem w oczach; do tej pory nie miałem pewności czy rozumie angielski, ale teraz nie tylko dowiedziałem się, że go rozumie, ale dodatkowo go zna i umie się nim posługiwać. – Coś mi się wydaje, Lou, że Zuza z każdym kolejnym dniem, obdarowuje ciebie coraz większą miłością. 

- Położę ją spać – zaproponowałem, uśmiechając się lekko do mojej przyszłej teściowej. Daisy bez słowa zeszła z mojego kolana, wcześniej całując Zuzę w czoło, życząc jej słodkich snów. 

Zuza swój azyl miała w różowym pokoju bliźniaczek, a dokładnie na łóżku jednej z nich. Położywszy ją do niego, przykryłem pod samą szyję, przez chwilę się kręciła, mamrocząc coś po swojemu, aż w końcu z lekkim uśmiechem, pogrążyła się w śnie. Poczułem na swoim ramieniu drobną dłoń mamy Carol, która gestem głowy wskazała na sąsiednie łóżko. Nie wiedziałem jak długo, trwaliśmy w ciszy, w skupieniu obserwując jak kołdra miarowo podnosiła się, to znów opadała wraz z oddechem dziewczynki. 

- Louis, naprawdę się cieszę, że nie uciekłeś, kiedy się dowiedziałeś o Zuzie – zaczęła cicho pani Nowak, patrząc na wnuczkę. – Po tym co przeszła, bałam się, że już nigdy nikomu nie zaufa. Pewność siebie, jaką nagle zdobyła, była tylko maską, pod którą chowała prawdziwą siebie. Swoje prawdziwe emocje, uczucia, myśli. Chciała poznać kogoś z kim mogłaby wychować córkę, być szczęśliwa. Ja marzyłam dokładnie, o tym samym. Wiedziałam, że jej przeprowadzka do Londynu była tylko, a może aż ucieczką od problemów, jakie spadły na jej barki, kiedy miała szesnaście lat. Chciałam dla niej jak najlepiej, dlatego przemykałam oko na jej wyskoki w Londynie. Potrzebowała się wyszaleć, musiała znowu stać się nastolatką bez obowiązków. Wiedziałam, o tym. Ty pojawiłeś się w momencie, kiedy jej emocje nasiliły się do tego stopnia, że nie wiedziała, co powinna zrobić. Z jednej strony chciała wychować córkę, z drugiej marzyła o wolności. Pomogłeś jej podjąć decyzję. 

- Nadal jednak nie wiadomo jaka będzie decyzja sądu rodzinnego we Wrocławiu – przerwałem cicho, wybijając sobie palce. Pani Nowak położyła na moją dłoń, swoją w uspokajającym geście. Uśmiechnąłem się do niej z wdzięcznością, ciężko wzdychając. – Kocham pani córkę, kocham Zuzę, nie wyobrażam sobie życia bez nich. Do tego dochodzi Larry, który walczy o życie. Chcę z nimi stworzyć prawdziwą rodzinę, dom. 

- Wiem to, Louis – kobieta uśmiechnęła się szeroko, przez co w kącikach jej oczu pojawiły się głębokie zmarszczki – dlatego sądzę, że pora powiedzieć ci, o decyzji sądu, która trafiła do mnie, jak i do Carol kilka dni temu. 

- Słucham?! – spytałem wyraźnie zaskoczony jej słowami. – Sąd podjął już jakąś decyzję, a ona nawet mi, o tym nie wspomniała?! A to mała wredna małpa. 

Pani Nowak uśmiechnęła się ciepło. 

- Sąd przyznał jej tymczasową opiekę nad Zuzą. Oznacza to, że przez okres trzech miesięcy będzie skrupulatnie sprawdzał, czy Carol odpowiednio się nią opiekuję, jakie ma warunki mieszkaniowe, czy pracuje. 

- Dlatego tak bardzo zależało jej na tej pracy – zauważyłem odkrywczo. Pani Nowak przytaknęła, poprawiając kosmyki ciemnych włosów, które opadły jej na czoło. – Ale jakim cudem sąd rodzinny w Polsce, może sprawdzać ją tutaj, w Wielkiej Brytanii? 

- Kurator, który został przydzielony do tej sprawy, przyleci do Londynu za kilka dni. 

- Ale ona wówczas nadal będzie w szpitalu. 

- Dlatego ja wracam z Zuzą po świętach i tymczasowo będę u was mieszkała, o ile mi oczywiście na to pozwolisz. 

- Jakbym mógł nie pozwolić? – spytałem, przytulając się do niej. – A tak swoją drogą, skąd pani zna angielski? 

- Dzięki Caroline, oczywiście – odparła ze śmiechem – często w domu, mówiła po angielsku, najczęściej do siebie. Z czasem poprosiłam ją o jakieś lekcje i tak niekiedy zdarzało się, że między sobą wymienialiśmy jakieś proste zwroty. Przyzwyczaiłam się także do jej angielskiego imienia, jak to lubi określać. 

- Jest pani naprawdę dobrą matką. 

- Och, kochanie, Carol jest po prostu bezproblemowym dzieckiem; nawet to, że miała te wszystkie przygody, nie sprawiają, że była trudna do wychowania. Jej brat to dopiero ziółko – przyznała z wyraźnym grymasem, którego nie ukrył nawet mrok w pokoju. 

- Hubert, tak? Co z nim? 

- No cóż – westchnęła, patrząc w przestrzeń – opuścił dom rodzinny w wieku siedemnastu lat, od tego czasu tylko trzy razy zadzwonił. Dzisiaj ma jakieś dwadzieścia cztery lata i nie wiem, gdzie jest, bo ostatni telefon wykonał dwa lata temu z Madrytu. Każdej nocy modlę się, by wrócił, albo, chociaż zadzwonił, że jest w porządku i nic mu nie jest. Nie wiem nawet, gdzie go szukać. Żaden normalny policjant nie podejmie się takiego wyzwania. Pozostaje mi nadzieja. Dlatego tak bardzo się cieszę, że wiem, gdzie obecnie jest Caroline. Jest bezpieczna, szczęśliwa, prawdopodobnie z Andim przy boku – uśmiechnęła się szerzej, czochrając mi włosy, jak małemu chłopcu – no i ma ciebie. To najważniejsze. 



W szarości wieczoru, zastanawiałem się jak przywrócić kolor Twojego uśmiechu.

Friday, February 01, 2013

Rozdział dwudziesty siódmy

Od matrioszki: dzień dobry, Miśki! xx jak u was leci? w szkole wszystko dobrze? czy może, tak jak ja, siedzicie w domu i lenicie się? :) mam nadzieje, że zdrowie Wam dopisuje ^^ jak będziecie mogli przeczytać, w tym rozdziale wydarzy się wiele... ciekawych rzeczy. mam nadzieje, że się Wam spodoba, bo ja osobiście miałam wiele zabawy przy pisaniu tego rozdziału. pewnie w czasie czytania, zrozumiecie, o jaką część mi dokładnie chodzi :D dobra, nie przedłużając - zapraszam na rozdział 27 :)
następny może we.. wtorek? tak, sądzę, że wtorek będzie okej. :)

co prawda w zakładce "kontakt" macie linki na mojego twittera, aska, adres e-mail, a nawet numer gg, więc jeśli ktoś z Was ma do mnie jakieś pytania, piszcie! nie bójcie się - ja nie gryzę :)
Całuję, matrioszkaa! xx 

jesteście najlepsi! :*


***


(Grudzień /Londyn/2012 rok) 

Caroline 



Moje ostatnie święta były… smutne. Dwudziestego piątego grudnia siedziałam do siódmej w kawiarni Beatrice, ze sztucznym uśmiechem przyjmując, realizując i podając zamówienia klientów, którzy nie mając dokąd pójść, przychodzili do Hard Rock Coffee na kawę, ciastko i do miłej atmosfery. Nie dziwiłam się temu, sama wolałabym spędzić czas z obcymi ludźmi, niż w sama w mieszkaniu. Olly wówczas już ze mną nie mieszkała. Przeprowadziła się do siostry, przed końcem semestru, zostawiając mnie samą, kilkukrotnie przekonywujący ją, że wszystko będzie w porządku. Możliwe, że i tak było, do czasu Gwiazdki. Samotność popchnęła mnie do wydania ostatnich funtów na koncert jakieś rockowej grupy, w jednym z podrzędnych klubów. Nie uprawiałam seksu, ale doprowadziłam się do takiego stanu, że zamiast trafić do domu, znalazłam się na lotnisku, z którego przywieziono mnie na komisariat, z którego wypuszczono mnie dopiero o dziesiątej rano następnego dnia. W drodze do domu, wstąpiłam do Beatrice, która na moje nieszczęście tego dnia postanowiła zamknąć kawiarnię. Musiałam nie dosłyszeć, jak mówiła o wolnym dniu. Kolejny dzień świąt spędziłam z kubkami kawy, seansem świątecznych filmów, które puszczano na kablówce, oraz z prażoną kukurydzą. Dzwoniłam do mamy raz; dwudziestego czwartego; opowiedziałam jej o moich wymyślonych planach na święta, złożyłam jej życzenia i rozłączyłam, nawet nie pytając o Zuzę. Wówczas cholernie się bałam macierzyństwa. Miałam dziewiętnaście lat, chorą przeszłość, studia na głowie i pracę, którą kochałam. Dopiero Louis zmienił moje podejście do dzieci. 

Siedząc w wygodnym fotelu z talerzem najpyszniejszego tortu, jaki kiedykolwiek miałam w ustach, obserwowałam wygłupy przyjaciół, którzy bawili się dopiero co dostanymi prezentami. Każdy z nich, Niallowi kupił coś do jedzenia lub coś co z jedzeniem miało wiele wspólnego. Danielle z Liamem przynieśli mu upieczoną przez panią Payne sernik z bitą śmietaną i babeczki z jagodami, które z pewnością były zamrożone. Od Cher, która swój prezent przekazała przez Harrego, dostał jedną z najlepszych belgijskich czekolad, oraz słodkie ozdoby na choinkę, które o dziwo powiesił na drzewko. Od Harrego – plakat z ciasteczkowym potworem. Od Louisa pastę do zębów o smaku bekonu, oraz ręcznik, który wyglądał jak plaster sera żółtego. Nie mam zielonego pojęcia, skąd on to wziął, ale wolałam się, o to nie pytać. Zayn podarował mu kolorowe naklejki na ubrania w kształcie różnych potraw. Perrie kupiła mu dwie koszulki: jedną z uśmiechniętą pizzą, a drugą z wielkim kawałkiem sera, oraz myszą. Olly jako jedyna nie dała mu nic związanego z jedzeniem. Jej prezent przypominał, o tym skąd oboje pochodzili i za czym tęsknili; zieloną koszulkę z flagą Irlandii i napisem: Tęsknię za swoim krajem. 

Czując na sobie spojrzenia wszystkich zebranych, wiedziałam, że przyszedł moment, na mój prezent. Jako jedyna nie dałam im jeszcze nic, chociaż sama obok swoich stóp miałam kilkanaście kolorowych torebek, kupę rozerwanego papieru czy poplątane wstążki. Leniwie podniosłam się z miejsca, podchodząc do choinki, obok której postawiłam jedenaście ładnie zapakowanych ram z obrazami przyjaciół. Miałam namalować tylko Nialla, Liama i Cher, a reszcie coś kupić, czy napisać piosenkę, albo coś w tym stylu; kiedy jednak zaczęłam rysować, nie mogłam przestać. Wpadłam w dziwny trans, z którego nawet Andy nie umiał mnie wyciągnąć, próbując wyrwać mnie na spacer, obiad, do kina, czy gdziekolwiek indziej, bylebym już nie rysowała. To jednak było na nic. Mój stan skończył się wraz z ostatnim obrazem, jakim był portret Eleonore. 

- Mam nadzieje, że się spodobają. Naprawdę dawno niczego nie rysowałam, tudzież malowałam – uśmiechnęłam się do nich przepraszająco, że nie było mnie stać na nic innego, jednocześnie podając im odpowiednie obrazy. – Wybaczcie jeśli, coś wam się nie spodoba. 

- Carol… - Louis wraz z Harrym przerwali mój beznadziejny monolog, za co byłam im wdzięczna; bałam się, co głupiego mogło wyjść z moich ust, gdyby mówiła dalej. 

- Okej, już się zamykam – wróciłam na swoje poprzednie miejsce. 

Pod choinką wciąż stały obrazy dla Eleonore, oraz Andiego, którzy według wcześniejszego telefonu do Nialla, mieli się pojawić, a także prezent dla Cher, dla której prócz rysunku napisałam także piosenkę. Wykorzystałam nieobecność nadopiekuńczego Louisa, nadpobudliwego Harrego, oraz pozostałych, którzy ciągle pytali się mnie o mój stan zdrowia, do czegoś pożytecznego. Zuza, pianino i spokój okazały się być najlepszą inspiracją do napisania jednej ze spokojniejszych piosenek, jaka może trafić na nowy krążek Brytyjki. Miałam tylko nadzieje, że się jej spodoba. W najgorszym wypadku napiszę coś szybszego i energiczniejszego niż to. 

- Harry, czy po drodze do Holmes Chapel, mógłbyś podrzucić to coś Cher? – wskazałam palcem na jeden z zawiniątek. – Mam tam dla niej coś ekstra. 

- Ale wiesz, że mi w ogóle nie po drodze do Malvern, prawda? – skinęłam głową, nie przestając się przy tym uśmiechać. – Co ty jej tam jeszcze dodałaś? 

- Napisałam jej piosenkę. Może się jej spodoba – odparłam z uśmiechem, biorąc kolejne kęsy tortu urodzinowego Louisa. Czułam na sobie spojrzenia wszystkich zebranych, co spowodowało, że było mi niezręcznie jeść. – Coś się stało? 

- Moment, bo potrzebuję chwili by to wszystko zrozumieć – powiedział poważnie Harry, co w ogóle do niego nie pasowało. Kiedy jednak przyjrzało mu się bliżej, można było zauważyć błyszczące iskierki w jego zielonych tęczówkach, czy delikatny uśmiech, który próbował zatuszować powagą. – Chodziłaś do pracy, zajmowałaś się Zuzą, malowałaś i pisałaś? Ty jesteś jakimś robotem, czy co? 

- Po prostu umiem się zorganizować – odparłam prosto, wzruszając ramionami. – No ale co sądzicie, o obrazach? Chociaż trochę się wam podobają? Tak… minimalnie? 



- Imponujące jest to, że umiałaś uchwycić tyle szczegółów na kawałku płótna. Musiałaś mieć sporo czasu, skoro narysowałaś każdego z nas – Liam uśmiechnął się w moim kierunku, nie przestając studiować swojego malunku. 

- Tak szczerze to dzięki mojemu kuzynowi, nie miałam go znowu aż tyle – przyznałam cicho, uśmiechając się szerzej. – Eleonore z Andim mają w końcu przyjść? 

- Jesteśmy! – zawołał wesoło jeden z głosów, które poznałabym zawsze i wszędzie. – I czy mi się wydaje, czy moja mała kuzynka rzeczywiście za mną tęskniła? 

- Akurat, nie mam co robić, tylko za tobą tęsknić – prychnęłam, kiedy Samuels pochylił się nad oparciem fotela, by pocałować mnie w policzek. – Cześć Els – rzuciłam wesoło do dziewczyny, która nieśmiało podała mi małą granatową torebkę ze złotymi gwiazdkami. – Dziękuję, a to prezent ode mnie – odłożywszy torebkę na fotel, sięgnęłam po dwa pozostałe obrazy, jeden z nich podałam brunetce, a drugi Andiemu, który rozsiadłszy się na kolanach Liama, wchłaniał w siebie porcję tortu, którą Louis osobiście mu nałożył. 

- Jakie to śliczne! – zapiszczała Eleonore, na widok swojego portretu. – Ty naprawdę masz talent, Caroline. Mogłabym nawet powiedzieć, że jak dla mnie jesteś studentką szkoły plastycznej. 

- Chodziłam do liceum plastycznego, ale zrezygnowałam z niego po dwóch latach - wyjaśniłam, zaglądając do torebki od niej. W środku schowane było podłużne pudełeczko, w którym ukrywała się srebrna bransoletka ze złotymi dodatkami, oraz czerwony wełniany szalik, który widziałam na jednej z wystaw w czasie jednych z popołudniowych babskich wyjść. – Dziękuję! – rzuciłam się zdezorientowanej brunetce na szyję, która w porę zdołała odłożyć obraz na bok, bym przypadkiem nie uszkodziła go swoim wielorybim ciałem. 

- Ej, a ja? – spytał wyraźnie zasmucony Niall. 

- No chodźże tutaj – zawołała go Els, puszczając mnie na moment, pozwalając Niallowi, opleść nas. 

- Tak się cieszę, że wy dwie się polubiliście. Bałem się tego. Nawet nie wiecie, jak bardzo – przyznał cicho, byśmy tylko my mogły o usłyszeć. – Mam cudownych przyjaciół. 

- A i owszem Niall, masz naprawdę cudownych przyjaciół – zgodziliśmy się z nim, śmiejąc się cicho, pozwalając pozytywnej energii zawładnąć mieszkaniem blondyna. 

Wszystko było dobrze do czasu, kiedy nie poczułam skurczy. Zignorowałam je, bo miałam świadomość, że jest zdecydowanie za wcześnie na poród. Byłam dopiero w szóstym miesiącu! Niemożliwym było, żebym zaczęła tak wcześnie rodzić. Jednak kiedy skurcze się nasiliły, a ja poczułam jak coś płynnego ścieka mi po nogach, wiedziałam jedno - Larremu śpieszy się na świat. 

- O Boże – wydusiłam z siebie, ciężko oddychając, zwracając tym samym uwagę przyjaciół, którzy spojrzeli na mnie z lekką paniką w oczach – chyba rodzę. 

- Chyba?! – krzyknął zdenerwowany Louis, kucając przede mną. – Kochanie, nie możesz. Ja nie wiem, co robić. Przecież mamy jeszcze trzy miesiące, prawda? 

- Kretynie, wody płodowe mi odeszły! Dla własnego dobra, dzwoń po pogotowie, bo nie ręczę za siebie – krzyknęłam, zaciskając palce na jego nadgarstku. – Louis, do kurwy. 

- Nie jestem gotowy na poród – jęknął, wyrywając sobie włosy z głowy. – Liam? Jesteś rozsądny, dzwoń na pogotowie. 

- Już to zrobiłem – odpowiedział spokojnie, podchodząc do nas. – Carol, nie wiem co mamy robić, możesz nam doradzić? Naprowadzić? 

- Och no pewnie, bo mam już jedno dziecko i wiem wszystko, prawda? – sarknęłam, głęboko oddychając, byleby nie przeć. Nie miałam zamiaru narobić większego bałaganu w mieszkaniu Nialla. – Niall, przepraszam za dywan, serio.. o kurwa! – krzyknęłam, kiedy skurcze nasiliły się. 

W tym momencie usłyszeliśmy sygnał pogotowia. Kilka chwil później kilku sanitariuszy weszło do mieszkania wraz z noszami, na które się położyłam, wyraźnie czując nasilające się skurcze, które z każdą kolejną minutą były silniejsze, oraz częstsze. Nie było odwrotu, Larry urodzi się jeszcze dzisiaj. 

Prócz moich krzyków, zielonego Louisa i nad wyraz uśmiechniętego Harrego, nie zarejestrowałam nic więcej. Byłam niemal pewna, że przez siłę swojego uścisku sprawiałam Louisowi ból. On jednak nie skarżył się. Zamiast tego, uspokajająco głaskał mnie po włosach, uśmiechał się, ale nie mówił nic. Pewnie nie wiedział, co. Nie dziwiłam się, dziękowałam mu, że był. Harry rzucał kawałami na prawo i lewo, nawet wtedy, kiedy znalazłam się na porodówce i w niemal ekspresowym tempie przebrano mnie w szpitalną koszulę, moją sukienkę rzucając gdzieś w kąt, podobnie jak buty. 

- I pomyśleć, że zobaczę narodziny mojego chrześniaka – mówił Harry, nie przestając się szczerzyć jak kretyn, kiedy ja siłami natury próbowałam wypchać z siebie Larrego. – Cholera, ty to masz głos – skomentował, kiedy coś bliżej nieokreślonego, krzyknęłam do jego ucha, gdy nachylił się nad moim brzuchem, jakby chciał posłuchać odgłosów wydawanych przez swojego chrześniaka. 

- Styles, kurwa, wypierdalaj stąd, bo inaczej złamię ci rękę – krzyknęłam, podrywając się do góry, kiedy poczułam coś, między nogami. – Pierdolona robota i pomyśleć, że to twoja wina, Tomlinson! – zwróciłam się do chłopaka, który w dalszym ciągu trzymał mnie za lewą rękę, wolną głaszcząc mnie po głowie. 

- Widać główkę! – poinformowała mnie położna. – Przyj, Carol. Dobrze ci idzie. 

- Tommo, nienawidzę tego momentu. To najgorszy etap całej ciąży. Kurwa i pomyśleć, że to wszystko przez ciebie. Zachciało ci się seksu. 

- Tak, kochanie, ja ciebie też kocham – powiedział łagodnie, całując mnie w czoło. – Idzie ci naprawdę dobrze. 

- Dobrze? Louis, ona drze się głośniej niż niejedna dziewczyna na koncercie. Kto by pomyślał, że ma głos jak dzwon! Dawaj Carol, chce usłyszeć więcej! 

Na jego zawołanie krzyknęłam donośnie, nie wierząc, że ten dźwięk wydobył się z moich płuc. Harry uśmiechnął się szerzej, ukazując swoje łobuzerskie dołeczki, w których zakochały miliony nastolatek z całego świata. Jednak w tym momencie, miałam wielką ochotę zetrzeć z niego ten uśmiech. Ja tutaj rozrywałam sobie pochwę, ścierałam gardło, a on, do cholery, się śmiał! 

- Jest! – zawołała wesoło pielęgniarka, wyciągając chłopca, z między moich nóg. 

Usłyszałam jego płacz. Najpiękniejszą melodię na świecie. Kiedy poczułam go na swojej piersi, nie mogłam uwierzyć, że jeszcze chwilę temu siedział w moim brzuchu, wśród masy płynów, co jakiś czas kopiąc mnie, sygnalizując, że wszystko z nim w porządku. Był malutki, drobny, bezbronny i naprawdę uroczy. Wymachiwał rączkami, miał zamknięte oczy, przez co nie mogłam dostrzec barwy jego tęczówek. Niestety moje szczęście skończyło się znacznie szybciej, niż mogłam to przewidzieć; mały zaczął się dusić, co zmusiło mnie do oddania chłopca pielęgniarkom, które przeniosły go do inkubatora. Zaczęło boleć mnie serce. Spodziewałam się tego. Przeszedł na świat za wcześnie; jego życie jest zagrożone. Cieszyłam się, że mogłam potrzymać go chociaż przez te kilka sekund. 

Spojrzałam na Louisa. W jego dużych, niebieskich tęczówkach, widziałam ogromne szczęście, miłość, ale także strach. Strach, który czułam i ja. Bałam się, że nie będzie dobrze, a Larry pożegna się z życiem szybciej, niż się z nim przywitał. Pielęgniarka zapewniała mnie, że chłopcowi nic nie grozi, że wszystko będzie dobrze, tylko musi siedzieć w inkubatorze, dopóki nie osiągnie odpowiedniej wagi. Nie poinformowała mnie ile to dokładnie potrawa, chciałam, żeby najkrócej, bo marzyłam by znowu go dotknąć, przytulić do siebie. Pokochałam go. Widziałam, że Louis także. 

- Będzie z niego niezły przystojniak – powiedział wesoło Harry, rozładowując tym samym napiętą atmosferę. – Mówię wam, będzie miał wielkie powodzenie u kobiet, jak i mężczyzn. Nauczę go flirtu, by całkowicie nie spalił się ze wstydu. 

- Przy tobie chyba nikt nie zginie – odgryzłam się go klepiąc w ramię. 

- No, a jak! – poruszył sugestywnie brwiami, schylając się, by pocałować mnie w czoło. – Sądzę, że przez te krzyki odeszły ci wszelkie siły. Więc prześpij się, najlepsza mamusiu na świecie. Jestem pewien, że wkrótce znowu przytulisz swojego synka. 

- Jak chcesz to potrafisz być uczuciowy – mruknęłam, nieznacznie podnosząc głowę, by cmoknąć go w policzek – dziękuję, Hazz. 


*** 


Dwie godziny później, umyta, w świeżej koszulki, szlafroku i puchowych kapciach stałam przed inkubatorem, w którym leżał Larry. Spał, a do jego malutkiego ciała została podłączona masa specjalistycznych sprzętów. Było mi go żal. W tym momencie chciałam go stąd zabrać, do swojego mieszkania, opatulić w kołdrę i spać z nim. Na jego malutkich usteczkach widziałam delikatny, prawie niewidoczny uśmiech. 

- Larry – szepnęłam cicho, przykładając dłoń do ściany inkubatora. 

- Carol – usłyszałam za sobą miękki głos Louisa. – Tutaj jesteś. Pielęgniarka nie chciała mi powiedzieć, gdzie jesteś, kazała mi się domyślać. Trochę mi to zajęło i pewnie gdyby nie Harry, pomyślałbym, że poszłaś na kawę – na jego słowa uśmiechnęłam się nieznacznie, zdając sobie sprawę, że nawet nie pomyślałam, by iść na kawę. – Byłaś dzielna. 

- Och, proszę cię. Dzielny to jest Larry, bo znosi to wszystko, ja sobie tylko poradziłam – odparłam, łapiąc go za dłoń, splątując ze sobą nasze palce. – Przepraszam, że tak na ciebie wrzeszczałam. 

- Nic się nie stało – odparł, przyciągając mnie do siebie. – Wyjaśniono mi, że to normalnie. Chociaż sądziłem, że będzie gorzej. 

- Gorzej? Nie miałam w planach, zerwania z tobą zaręczyn. Prędzej ty mógłbyś to zrobić, w końcu zachowałam się okropnie. 

- Rodziłaś – przyznał ze śmiechem, przytulając mnie do siebie. – Wracajmy. Później tutaj przyjdziemy. Na razie, masz gości w sali. 

Na moim łóżku leżał Andy z Harrym, którzy stwierdzili, że jest ono znacznie wygodniejsze niż te, co mają u siebie w domu. Niall, Zayn i Liam, siedzieli na małej kanapie pod oknem, ze swoimi dziewczynami na kolanach. Eleonore zajęła miejsca na krześle przy łóżku, szczerząc się od ucha do ucha, kiedy Louis wniósł mnie na rękach do sali. Chłopaki niemal natychmiast zeszli z łóżka, odsuwając kołdrę, poprawiając poduszkę. Mogłabym się do tego przyzwyczaić. 

- Schudłaś! – zauważył Andy z uśmiechem, przytulając mnie do siebie. – Dobrze wyglądasz. Gdzie mój siostrzeniec? 

- On.. umm.. w inkubatorze. Ma problemy z oddychaniem – spuściłam wzrok na swoje dłonie, w których ni stąd ni zowąd, wylądował telefon Louisa. – A co mi twój iPhone? 

- Zadzwoń do rodziców i przekaż im nowinę o Larrym. 

- Louis? 

- Tak? 

- Wszystkiego najlepszego, tatuśku – odpowiedziałam, na co wszyscy obecni w pokoju zaśmiali się.



Dużo uśmiechu, cierpliwości, szczęścia i pociechy z synka.

Tuesday, January 29, 2013

Rozdział dwudziesty szósty

Od matrioszki: Cześć słoneczka! x Co porabiacie? Ja słucham muzyki i staram się napisać jakiegoś one-shota, jednakże marnie mi to wychodzi. Nie mam żadnego pomysłu. Nawet znikomego. Może Wy macie coś do powiedzenia w tym temacie? O czym chcielibyście przeczytać? Piszcie!
Przed Wami rozdział 26, a co za tym idzie do końca "WOH" pozostało w sumie cztery rozdziału + epilog.  Tyle ode mnie. Miłego czytania. A! Na samym dole pozostawiam Wam zdjęcie Zuzy, którego zapomniałam wcześniej Wam pokazać. Wyobraźcie sobie tą dziewczynkę z brązowymi oczkami i gotowe :)
Nowy rozdział w piątek. Całuję! xx


***



(Grudzień /Londyn/2012 rok) 

Caroline 



Było ciemno, kiedy w mieszkaniu rozległ się huk, któremu nawet czołgi mogły pozazdrościć siły. Jedną ręką przetarłam oczy, drugą w tym czasie odszukując telefon, który wieczorem schowałam pod poduszkę. Kiedy urządzenie wylądowało już w moich dłoniach, a wyświetlacz niemiłosiernie zaczął razić mnie w oczy, dostrzegłam, że była dopiero trzecia nad ranem. Niechętnie wygrzebałam się z łóżka, założyłam na siebie ciemny szlafrok, a bose stopy wsadziłam w niebieskie kapcie i wyszłam z pokoju, niepewna tego, co mogę zobaczyć w przedpokoju, czy też w salonie. 

Zalany w trzy dupy Louis opierał się o ledwo stojącego Harrego, który z miną męczennika próbował utrzymać go w pionie. Obaj wyglądali na tyle zabawnie, że trudno było mi utrzymać powagę sytuacji. Wystarczył mi moment by wybuchnąć śmiechem, w momencie kiedy głowa Louisa opadła na ramię Harrego, który stęknął. Okej, oni nie byli do końca normalni i wiedziałam, o tym już wcześniej, ale dopiero teraz mogłam naprawdę zobaczyć jak Louis wygląda pod wpływem alkoholu. I był to naprawdę komiczny widok, który zrekompensował mi tak wczesną, brutalną pobudkę. 

- Czy mówiłem ci już, Hazz, że mam najdziwniejszą narzeczoną na świecie? – spytał Louis, wciąż trzymając głowę na ramieniu młodszego chłopaka. Alkohol zamroczył go na tyle, że nie był w stanie wymówić poprawnie niektórych słów, ale to akurat działało na jego korzyść. Był uroczy. Niczym małe dziecko, które jeszcze nie nauczyło się poprawnie mówić. 

- Twoja narzeczona tutaj stoi, Louie i ma z nas niezły ubaw – zauważył Harry, który był zdecydowanie mniej pijany niż Louis. Chłopak posłał w moim kierunku jeden ze swoich uroczych uśmiechów, za który nie jedna fanka byłaby w stanie dać się pokroić. – Ładna piżamka, Carol. 

- Czy ty się dobierasz do mojej dziewczyny, Styles? Nadal ci nie przeszło? Masz Cher, do cholery – wtrącił się Louis, nachylając się do podłogi, by ściągnąć buty. Szło mu to raczej mozolnie, bo ręce nie chciały ze sobą współgrać w efekcie czego sznurówki w dalszym ciągu pozostawały nierozwiązane. Duże dłonie Harrego trzymały go w talii, by przypadkiem nie upadł, co dla postronnego obserwatora mogłoby być przejawem troski. 

- Do sypialni – odparłam na nieme pytanie osiemnastolatka, całkowicie ignorując słowa Louisa, który jak gdyby nic usiadł na podłodze wyrywając się z uścisku Harrego, w dalszym ciągu próbując ściągnąć buty. Rozbawiona tym wszystkim postanowiłam mu w końcu pomóc, by jak najszybciej znalazł się w łóżku. Jeszcze gotów będzie położyć się tutaj, bo uzna, że buty i płaszcze są naprawdę wygodne. – Nieźle się narąbałeś, Lou. 

- To jego wina! – na oślep próbował wskazać na Harrego, co mu się nie udało, bo zamiast tego pokazał na pustą ścianę. – Obudziliśmy cię, co? 

- Nic się nie stało – posłała mu czuły uśmiech, pomagając wstać. – Połóż go. 

- Carol, ja ciebie tak mocno, ale to naprawdę mocno kocham i nie chcę byś czuła się źle i żeby czegoś ci brakowało, dlatego ja chcę byś ty przestała pracować i … - jego monolog urwał się, kiedy swoimi ustami, przekryłam jego suche wargi. 

Poczułam mocny smak alkoholu, wymieszany z miętową gumą do życia, oraz czymś, co dla mnie było papierosami. W tym momencie jednak nie miałam w planach wytykania mu tego. Był dorosły, wiedział co robi, poza tym od czasu do czasu każdy ma prawo zabalować, zapomnieć się. Niech wykorzysta czas jaki pozostał mu do urodzenia syna. 

- Zamknij się już kochanie – poprosiłam łagodnie, kiedy nasze usta odkleiły się od siebie, a ja ostatni raz cmoknęłam go w czoło, poczym Harry zaprowadził go do sypialni. 

W tym samym czasie wstawiłam wodę na dwie herbaty, oraz przygotowałam Harremu pokój, w którym dotychczas nocowała moja mama. Miałam cichą nadzieje, że nie będzie narzekał, że nie zmieniłam pościeli, co zwyczajnie zapomniałam zrobić. Chłopak wrócił w momencie, w którym wrzątkiem zalewałam torebki z herbatą. Usiedliśmy przy stole, przez chwilę trwając w milczeniu, które przerwał Harry: 

- Przepraszam, że wrócił w takim stanie – jego wzrok utkwiony był w napoju, który leniwie mieszał, chociaż nie wsypał tam ani grama cukru. – Nie powinienem mu na to pozwolić. 

- Ale dlaczego nie? – spytałam zdziwiona, wsypując sobie do kubka trzy płaskie łyżeczki cukru i odrobinę mleka. – Jesteście dorośli, potrzebowaliście się odprężyć, nic się nie stało, Harry, więc przestań siebie winić. 

- Jesteś za wyrozumiała dla niego – powiedział nagle, wpatrując się we mnie. Zaskoczona jego słowami, podniosłam ku górze jedną z brwi, domagając się rozwinięcia tematu. – Po tym, co przeszłaś, miałem wrażenie, że brzydzisz się alkoholem i ludźmi pijanymi, więc… 

- Więc sądziłeś, że po tym jak zobaczę pijanego Louisa, będę gotowa by nawet z nim zerwać? – Harry nieśmiało kiwnął głową, biorąc łyk herbaty. – Nie, Harry. To były moje błędy, z którymi jakoś sobie poradziłam, nie jego. Nie mogę jemu, czy komukolwiek innemu zabronić pić, tylko dlatego, że miałam z tym problem. Poza tym, nie wiem czy pamiętasz, ale na swoje urodziny sama co nieco wypiłam. 

- Nie było tego dużo – zaoponował, biorąc łyk herbaty krzywiąc się przy tym nieznacznie. Posłodził ją dwoma czubatymi łyżeczkami, poczym wziął kolejne łyki, nie krzywiąc się już. - Jesteś zbyt wyrozumiała – powtórzył, uśmiechając się lekko. – Ale dobrze, że ciebie poznał. Gdyby nie ty, nie sądzę bym szybko zobaczył jego uśmiech. Może i nie był zakochany w Eleonore, ale widziałem, że ją lubił, może kochał nawet jak siostrę. Co prawda były momenty, kiedy się kłócili o naprawdę błahe rzeczy, ale gdy trzeba było, umieli się dogadać i rozmawiać na poważne tematy. To, że Paul kazał im udawać parę przez dodatkowy okres czasu, było ciężkie dla nich obojga. Przy tobie, znowu jest tym samym Louisem z czasów programu i dziękuję ci za to. 

- Harry Styles mi za coś dziękuję! – pisnęłam z entuzjazmem, całkowicie ignorując śpiącego zza ścianą Louisa. – Nie masz za co, Hazz – odpowiedziałam ciszej z nutką powagi, odwzajemniając jego uśmiech. 

- A jak się trzyma moje maleństwo w obcym mieście? – zapytał po chwili ciszy z błyszczącymi oczami, lekkim uśmiechem i tymi uroczymi dołeczkami, z którymi wyglądał jak kilkunastoletni chłopiec. 

- Wiesz, że ona dopiero wczoraj rano pojechała do Doncaster, no nie? – Harry kiwnął głową, leniwie pijąc herbatę. – Chyba dobrze, to znaczy nie rozmawiałam z nią, ale mama powiedziała mi, że bawi się z dziewczynkami ich chomikiem, rysuje z bliźniaczkami, uczy się pleść włosy w warkocza. Więc jest szczęśliwa. 

- To dobrze. Należy się jej. 

- Nawet nie wiesz jak bardzo, Harry. 

Było dokładnie tak jak być powinno od samego początku. Harry mnie zaakceptował, mało tego – podziękował mi! W to najbardziej nie mogłam uwierzyć. Moje szczęście było naprawdę wielkie, a to wszystko za sprawą tego osiemnastolatka. Teraz będzie tylko lepiej. Wierzę w to. Innego wyjścia nie widzę.  


*** 

Nucąc jedną z piosenek Jessie J, przygotowywałam śniadanie dla największych śpiochów jakich zna Wielka Brytania, a przynajmniej Londyn. Między ósmą, a dziewiątą rano zdążyłam nie tylko wyjść do pobliskiej piekarni po świeże pieczywo, ale także umyć głowę, przygotować pancakesy i porozmawiać z Liamem, na temat wieczornej domówki u Nialla. Na wieść o skacowanych przyjaciołach wybuchł śmiechem, wspominając, że kiedy ci dwaj się spotykają, takie rzeczy są do przewidzenia. Po rozmowie z nim, zadzwoniłam do Cher, by przekazać jej, że Harry o trzeciej w nocy przywlókł na pół przytomnego Louisa. Brytyjka wybuchła śmiechem, zastanawiając się na głos, w jakim stanie zastanie dom, kiedy po przerwie świątecznej wróci do Londynu. 

Z kubkiem Earl Grey, z którego wyczuć można było pomarańczową nutę, stanęłam przy oknie, odsuwając firankę. Z uśmiechem zauważyłam, że przez noc warstwa śniegu, wyraźnie wzrosła, tworząc przy tym niesamowicie, bajkowy i świąteczny klimat. Kilkoro dzieci, które wyszli wraz z rodzicami z bloków, puścili się biegiem do przodu, co chwilę schylając się by podnosić co raz to większe garstki puchu, który następnie podrzucali do góry, ciesząc się. Wyobraziłam sobie naszą czwórkę, która za kilkanaście lat, biegała by tak, śmiejąc się to rozpuku z naprawdę błahych rzeczy. 

Leniwie się uśmiechając przyłożyłam do ust kubek z herbatą, mocno żałując, że musiałam odłożyć kofeinę na bok. Jedną z naprawdę niewielu rzeczy, których dla dobra dziecka nie powinnam robić, tudzież pić, była niemożliwość spożywania kawy w ilościach, o jakich sama decydowałam. Tęskniłam za aromatem, smakiem, oraz uczuciem, jakie odczuwałam, w czasie picia napoju. To było moim uzależnieniem, które zabrała mi ciąża. Mimo to naprawdę się cieszyłam z drugiego dziecka. 

- O mój Boże! – usłyszałam pełen entuzjazmu głos Harrego, który sygnalizował, że osiemnastolatek nie tylko się już obudził, ale był także niebywale głodny, bo ledwo co wszedł do kuchni, niemal natychmiast wchłonął jednego z placków. – To jest pyszne! Umarłem i jestem w raju. Cholera, musisz mnie nauczyć robić tych cudeniek. 

- Co tu się dzieje? – spytał zaspany Louis, który dołączył do nas, kilka minut po Harrym. 

Jego spojrzenie najpierw padło na pochłaniającego śniadanie Harrego, następnie na mnie, poczym znowu na Harrego; w tym momencie jego policzki przybrały różaną barwę, na co zachichotałam wyciągając z lodówki dwie, mocno schłodzone mrożone kawy, chociaż temperatura zza oknem wymagała by przygotować coś znaczni cieplejszego. 

- Wszystkiego najlepszego, kochanie – powiedziałam z uśmiechem, składając na jego ustach delikatny, lekko nieporadny pocałunek. – Śniadanie na stole, o ile Harry nie zjadł wszystkiego. 

- Dziękuję – kucnął przed brzuchem, podniósł koszulkę lekko do góry, dłonią przejeżdżając przez całą jego długość, jak i szerokość, poczym lekko cmoknął mnie w niego, w ten sposób witając się także Larrym. – A ty jadłaś coś? 

- Oczywiście. Zrobiłam sobie cynamonowe tosty i gorącą czekoladę z piankami, mmm.. Pycha! – roześmiałam się widząc minę Harrego, który na wzmiankę o piankach przybrał rozmarzony wyraz twarzy. – Macie kawę mrożoną – kiwnęłam w stronę dwóch wysokich szklanek. 

- Ale ty miałaś gorącą czekoladę! Z piankami – krzyknął wymachując dłońmi. – Też bym chciał. To znaczy, Ugh.. dawno nie piłem.. 

- Mam wrażenie, że twoja mama na święta przygotuje ci coś naprawdę specjalnego – puściłam mu oczko, wtulając się w bok Louisa, który niepewnie jadł kolejne kęsy placków. – Louie, wszystko dobrze? Nagle zieleniałeś. 

- Chyba mam mdłości – skrzywił się nieznacznie, odsuwając od siebie talerz. 

- Trzeba było tyle nie pić – wtrącił się Harry, z pełną buzią, za co dostał od szatyna w ramię. – Ej! A tak w ogóle, mogę to skończyć? Bo skoro ty wyglądasz jak ogórek, to nie sądzę, byś miał siły na… 

Nim Harry skończył mówić, Louis zerwał się z miejsca i pognał to toalety. Ucieszony osiemnastolatek pochłonął także i jego porcję, wydając przy tym pełne zachwytu odgłosy. Wiedząc, że przez kolejne kilka minut Harry będzie zajęty jedzeniem, poszłam do sypialni. Louis leżał na łóżku, zwinięty w kłębek, z kołdrą naciągniętą na sam czubek głowy. 

- Biedny mały chłopiec – zachichotałam, kładąc się obok niego, palcami przeczesując jego wilgotne włosy. Louis sapnął coś w odpowiedzi, przekręcając się tak, że znalazł się twarzą tuż obok mojego brzucha. – Dobrze się czujesz? Wiesz, że wieczorem mamy jechać do Nialla, prawda? 

- Wiem – mruknął, otulając dłońmi brzuch. – Ale poleżmy tak chwilę, dobrze? Zapomnijmy, że Hazza rozrabia w kuchni, że za oknem pada śnieg, że nie możesz pić kawy i jesteś przez to niezadowolona, że od ponad miesiąca rysujesz coś, o czym mi nie chcesz powiedzieć, że rozmawiasz z ludźmi, których nie znam. 

- Jesteś zazdrosny? – spytałam ze śmiechem, bawiąc się jego włosami. 

- To frustrujące, kiedy twoja narzeczona, nie chce ci powiedzieć, co robi. 

- Ale ja przecież nic nie robię. Nie zdradzam cię, nawet by mi to przez myśl nie przeszło, poza tym kto by chciał takiego wieloryba w łóżku? – spytałam retorycznie, pokazując na swój brzuch, o który opierał swój policzek. 

- Ja – odpowiedział mimo wszystko, podnosząc się na łokciach, by cmoknąć mnie w policzek. – Więc co wciąż rysujesz? 

- Niespodzianka, kochanie, a teraz leż, jak masz leżeć. 

- Wredna dziewczyna z ciebie, wiesz? 

- A ja sądziłam, że najdziwniejsza – zacytowałam jego słowa, na które nieznacznie się skrzywił. 

Kochałam te leniwe minuty, w czasie, których nawet „kocham cię”, było dla nas zbyt wielkim wysiłkiem, by je wymówić, chociaż mimo to, każdy z nas wiedział, co chcemy powiedzieć. Kochałam czas, który dzieliłam z nim, od rana do wieczora z małymi przerwami na spotkania z różnymi osobami. Kochałam momenty, w których ktoś z nas wracał do domu, pewny, że ta druga osoba, będzie na nas czekała z gorącą herbatą. Kochałam upływające w jego towarzystwie minuty. Kochałam go i nie mogłam się doczekać, kiedy zostanę jego żoną. 



Chcę być z tobą już na zawsze.